piątek, 30 czerwca 2017

dnia 29-go czerwca 2017


O jutrzence, gdzie nie było już pełnej nocy ani też widnego poranka, mała ptaszyna pozbawiona wszelkiej bojaźni dobijała się do mych drzwi balkonowych. Zdjęty zdziwieniem ściągnąłem się z łóżka, odziałem i stanąłem przy niej. Nieznacznie postąpiła ode mnie na kilka kciuków długości i powtórzywszy ten manewr kilkukrotnie, w końcu przystanęła tuż przy mnie. Nachyliłem się nad tym stworzeniem i czując jak nie robi sobie nic z bliskości, pochwycilem ją. W kopule dłoni trzepotała niewiele przez to wyrażając, skoro tylko uniosłem je nad ogród by mogła pofrunąć, jak przystało na ptaka - ona zatrzymała się niepewna oddalenia się i zwróciła swe ciałko wprost na mnie. Małe pazurki lekko wbijały się w palec wskazujący, na którym stała jak na gałązce niepewnie się kołysząc. Uniosłem ją na wysokość oczu i z każdej strony oglądałem. Czując ufność tej drobiny powziąłem zamiar poniesienia jej. Ciemnym korytarzem. Schodami. Wszędzie tam trzymała się dzielnie palca i nie zamyślała rozwijać skrzydeł. Walczyłem z lękiem i wnet a bym ją zamknął w sklepieniu dłoni ale to opanowałem i nie tylko dotarłem na ogród lecz i tchnięty dobrą nadzieją przekroczyłem jego granice i ciągle oczą nie dając wiary, dotarłem na polanę, skąd już tylko wielkie połacia ziem i lasów się ciągnąły. Tam przystanąłem. Czas nadszedł odpowiedni by się wzbił. Patrząc na to wszystko, co przed nim stało otworem, nadal trzymał się mej skóry. Tyle radości dał mi tym, co i trwogi. Nie mogąc przecież tak dłużej stać zmusiłem się by go drugą dłonią pochwycić i tak zdjąłem na ziemię. I klnę się na swoje życie i jeśli kłamię, to niech jutro zginę - ale ptak ten będąc już na ziemi odwrócił się w moim kierunku, tak stanął jeszcze chwilę naprzeciw, jakby chcąc bym go w w górę znowu dłonią uniósł, pokrzątał się, zrobił kilka kółek skacząc lekko i tak coraz śmielej nabrawszy rozpędu, śmignął to w prawo, to w lewo i robiąc przeróżne zygzaki oddalił się. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

myśli inne



Niezwykle prosto popaść w niezdrowe nawyki, postawy i przekonania, w tą całą niekończącą się kawalkadę nędznych słabości, wygód, głupot i bzdurnot. Nie mało ciężkiej pracy trzeba włożyć by przejrzeć tego druzgoczącą beznadzieję a ileż dopiero wkładu wymaga by z tego się wydostać. Biada ja nędzny i wy nędznicy. Wyliczać i analizować nie sposób wszystkiego, co zalało człowieka i uczyniło go tak nędznym poprzez te lata. Znowu skala zjawiska jest tak niebotyczna iż odbiera wszelkie chęci do jego opisu. 

To przez to, że aby czynić siebie lepszym należy włożyć w to bardzo wiele starań. Kiedy zaś czynisz latami te starania i nieomal osiągasz cnotę, dajesz się zwieść ponownie na złą drogę przez środowisko, jakie cię otacza. Ilość szkodliwych nawyków wszelakiego rodzaju w społeczeństwie stanowi przytłaczającą większość w stosunku do tych uzdrawiających. Bez wewnętrznej pracy nad sobą i nieustannej samokontroli w myśleniu i mówieniu, w zachowaniu i działaniach - człowiek doprawdy jest tak nędzny, że prezentuje sobą mniej niż zwierzę, bo to, działać inaczej nie może niż jest mu prawami przyrody pisane a człowiek, w skutek zaniedbania, na każdej płaszczyźnie swego jestestwa nieubłaganie wyniszcza siebie do imentu. 

Przykład szkodliwego nawyku stanowi niepohamowanie w mówieniu. Jedną z wyższych cnót, jakie tedy można osiągnąć, to opanowanie swojego wewnętrznego pędu do wyrażania własnych poglądów i żarliwej chęci umniejszania cudzych. W tym panuje powszechna nędza wśród wszelkiego ludu. Tej przywarze będę chciał się bliżej przyjrzeć.



środa, 24 maja 2017

przestrzał uniwersalny


Dosięgnąwszy szczytu fizycznej rozkoszy nie należy marzyć o narządach płciowych i ciałach nagich ale o tym, że pokonuje się bardzo szybko przestrzeń nad lasami. Nic nie potrafi tak szybko i daleko wysadzić ducha, jak właśnie rzeczona rozkosz. W tych kilku zaledwie sekundach można dokonywać różnych podróży, w których odsłania się świat w nieznanej dotąd postaci, a wszystko to także przy otwarych oczach. Narządy płuciowe zaś i ciała nagie kumulujące się przy naszym boku, bądź w naszej rozrzażonej jaźni, stanowią co prawda podłoże tych poczynań ale gdy dzwony zabiją i włos na głowie się zjeży, to o ile znajdziemy w sobie na dość siły by o nich dalej nie myśleć, można nagle zmienić przedmiot i polecieć tam, gdzie nas jeszcze nie było i to nie tylko nad lasy, nad niebosiężne szczyty i przepadziste urwiska, ale i nad wieki ludzkich poczynań, nad życie i nad śmierć - słowem, na przestrzał poprzez czas i przestrzeń. Długi temat, do którego trzeba będzie wracać.



poniedziałek, 8 maja 2017

>



Wyobraźnia nie jest sobie w stanie poradzić z historią, przeszłością i teraźniejsześcią dlatego stwarza fikcję w odpowiedzi na to. 





środa, 23 listopada 2016

Żal
 

Gdy staję pośrodku swych uczuć

dosięgam prawdy istnienia

dosięgam Żalu

Za wszystkich
 i za wszystko 

Co przeżyli i czego nie przeżyli
Co osiągnęli i co utracili

Żal mi za to, że przyszli na świat
i że umrzeć muszą 

Tych żywych mi żal
i nieżyjących 

Żal mi epokowych chwil zakochania
i goryczy oddalenia

Braterskich przyjaźni
i więzów rozerwanych

Piękna mi żal co czasowi ulegnie
I brzydoty która pięknem nigdy już nie będzie

Żal mi wiary w dusz po śmierci spotkanie
i wiary w Nicość, która po niej nastanie

 Czasu szczęśliwości
i wszelkiego cierpienia 


I zwierząt mi żal
które w ciasnocie chowane
nie zaznawszy swobody przestrzeni otwartej
ni smaku niwy zielonych ni świeżości powietrza
w odorze krwi uderzeniami poganiane
pod obuch rzeźników trafiają i padają martwe

A życie każde Jedyne i niepowtarzalne
Nigdy nie powróci w tej dokładnie formie

Odwagi okrucieństw mi żal


Krzywd czynionych za poparciem większości
i chorej niemocy, dławiącej bezsilności

Pamięci gorejącej obrazami z przeszłości
i popiołów i zgliszczy zapomnienia

Oczu mi żal co triumfem ogarniają pole po bitwie zwycięskiej
aby w kolejnym już boju
ostatnim w niebo spojrzeniu gasły
po przegrania klęsce

Żal mi całych wieków, co minęły
i tych co nadejdą

Twoich dni i moich
Żal mi, że i one przepaść muszą

Żal mi tych żyć straconych
i Tych które przyjdą

Poświęceń Matek i poświęceń Ojców

Bezimiennych wysiłków pokoleń 

Trudów naszych przodków

Pierwszych uśmiechów
i ostatnich pożegnań

Niewinności narodzin
i brutalności końców

Żal mi 

Tak bardzo
Mi bardzo

Jest Żal 

wtorek, 22 listopada 2016

Pogrzeb Sąsiada



Na pogrzebie ostatnio byłem w 2009 roku, gdzie w Krakowie chowano wówczas J. Perzanowskiego. Znalazłem się od razu na cmentarzu. Mowę pożegnalną wygłosił Bremer (częściowo jego oponent), natenczas mój wróg numer jeden - zupełnie nieszczerą i nieautentyczną; od... jakim to wielkim logikiem Perzanowski był ...a już nic o tym, jaką to ciekawą osobą, szczerą, otwartą i entuzjastyczną, obdarzoną nieprzeciętnym poczuciem humoru  i wielkim talentem gawędziarskim - najmniej i on przysporzył mi nie lada kłopotów w życiu z ową logiką a może jaśniej - sama to logika uczyniła, logika która w nim zamieszkała, w nim działała, przez niego przemawiała, był on też przez to niejako moim mniejszym wrogiem przez co rozumiem - mocnym punktem oporu, przez który z uczelni byłbym wyleciał. Jednakże wyrobiłem się w tej materii siłą konieczności w granicach normy, co nie wymazało do końca wstydu, jaki od czasu niepowodzeń w sobie nosiłem i chcąc się zrehabilitować na innym polu, dowieść mu że głupcem do końca nie jestem - może to właśnie próżność najmarniejsza - wpisałem się na seminarium o Leibnizu, które już nie dokończył. 

Siedem lat tedy minęło i jestem na innym pogrzebie, też niejako mojego pomniejszego wroga. Gdym raz rozprawiał o tzw. wrogach, jeden światły i bliski mi człowiek wypowiedział mądrą formułkę, która teraz często na myśl mi przychodzi "że wrogów nie szukam na siłę tam gdzie ich nie ma. Jestem przyjacielem wszystkich ludzi!". Zachowam jednak dla sąsiada tytuł pomniejszego wroga przez różne zajścia jakeśmy ze sobą mięli a szczególnie jedno ostatnie; w znanym nam wiejskim zajeździe na tyłach utworzono basen, przy którym wraz z kolegą siedzieliśmy popijając kawę a gdzieś nieopodal wraz z przyjaciółką goniła owego sąsiada córka lat licząca trzynaście, nieszczęściem właściciel zajazdu robił tzw. sesję fotograficzną na potrzeby interesu by na stronie przybytku ując tę atrakcję i zaangażował dzieci oraz młodzież wszelaką, co się tam taplała by pozowali. Po zrobieniu zdjęć zebrał sprzęta i zapadł się w swoim zajeździe. Nie minęło minut dwadzieścia a sąsiad wparował na podwórze i wszczął dochodzenie w sprawie zdjęć. Ktoś mianowicie doniósł mu naprędce, że odbywa się na basenie sesja pornograficzna, w której udział bierze jego nieletnia latorośl, tej zaś na domiar wszystkiego akurat na basenie nie było, co wzmogło w nim jednoznaczne domysły - jakoby sesja została przeniesiona na dywany i tapczany. Po czasie poszukiwań gospodarza w celu wymierzenia mu srogiej nauczki za tak niecne występki powrócił z niczym. Tym jeszcze bardziej rozsierdzony wzrokiem miotającym pioruny szukał współwinnych tego skandalu. Nieszczęsnym trafem padło na nas, biernych domniemanych obserwatorów sesji pornograficznej. Dosiadł się więc spokojnie i wzrokiem kruszącym skały zaczął przesłuchanie w tonie oskarżycielskim. Usiłowaliśmy wyprowadzić sąsiada z błędu jednakże ten wziął to za próbę osłaniania winnych i tym bardziej naciskał by zdradzić mu miejsce gdzie się mogli skrywać. Mając tedy w pamięci różne zajścia o tym, co potrafił w złości wyczyniać ze swoją rodziną a co mogło czekać niczemu niewinną córkę, zagroziłem, że to się źle skończy dla niego jeśli nie przestanie wmawiać wszystkim takich nonsensów i było blisko rękoczynów a zaznaczyć pragnę że ostatnie moje bójki sięgają czasów szkoły podstawowej - to już świadczy o skali mego wzburzenia. Ten nie znając mnie od tej strony zamarł w bezruchu, wstał i odszedł kilkanaście metrów, po czym odwrócił się coś jeszcze perorując. Zrozumiałem, że to wyzwanie na pojedynek i od stołu wstałem w stronę jego się kierując, ten jednakże palcem wskazującym przypomniał, że jest kamera nad nim i odszedł w spokoju. Stąd po incydencie tym uznałem go za pomniejszego wroga i to był ostatni raz gdy go widziałem, nie licząc tych razów kiedy przed domem swoim stał wpatrując się w milczeniu znieruchomiały minutami wprost na mój dom a zdarzało się to później aż nazbyt często. 

Czemuż więc poszedłem na pogrzeb? W chwili uprzytomnienia sobie tego zgonu odczułem i czuję nadal w pewnym rejonie stan pustki, z tej właśnie obecności zamieszkującej zawsze peryferia mojego umysłu, która na miliony lat, na wieki wieków przepadła a była to figura niezwykle barwna. Wiary więc też nie mogłem dać w pierwszej kolejności słowom, później klepsydrze aż doprowadzić mnie to musiało do świadectwa naocznego, chociaż i tam nie wierzyłem, że cokolwiek niosą w trumnie i że to jakieś przedstawienie. 17 listopad godzina 14.15 widzę jak synchronicznie sąsiedztwo z domów wychodzi na pogrzeb. Przybiliśmy na miejsce z moim drogim kolegą o pokolenie całe starszym. Jacyś mężczyźni do nas się przyłączyli nic nie mówiąc i jednego z nich rozpoznałem w osobie właściciela miejscowego sklepu, który przez niego całe dziesięciolecia prowadzony został na skutek zamarcia ruchu zamknięty. Kolega rozpoczął: 

- No i po sąsiedzie

- Wszystkich nas to spotka! każdego! prędzej czy później! 

Byłaby ta prawda nic dla mnie zgoła nie znaczyła ale sposób jej powiedzenia zaniepokoił mnie. Nie było w tonie tym smutku płynącego z gorzkiej konstatacji skończoności naszej egzystencji ale niejako TRIUMF śmierci, która nad nami po równi zapanuje. Stąd uczucie miałem jakby to sama głodna ziemia się o mnie upominała w osobie tego jegomościa chcąc przez to powiedzieć - czekam i na ciebie! Obruszyłem się tą zamierzoną impertynencją i ripostowałem:

- no ja akurat będę żył wiecznie bo jestem ateistą

- HaHa... będzie żył wiecznie! już! ateistą! Haha...dobre...dobre...

- a będę

- dobrze! dobrze! żyj ...HaHa ...żyj! nikt ci nie broni! ...zobaczymy!

Chcąc przybliżyć manierę jego głosu posłużyć się muszę osobą aktora Janusza Rewińskiego - nawiasem mówiąc to prawie jego replika. Z takim to właśnie cynicznym humorystą wszedłem w utarczkę słowną. Popatrywał na mnie jak na wariata z kolei ja wytężyłem całą swoją uwagę na jego kępce włosów na nosie, które dokładnie z czubka wyrastały, przy czym jeden z nich był długi na dobre trzy centymetry. Mówił więc, gdy mnie niecierpliwość ogarniała by jak najszybciej mu to wygolić. Czas nas jednak ponaglił i ciało ludzkie weszło do kościoła. Stanąłem na zewnątrz. Deszcz zaczął padać. Ubrany w cienki płaszcz marzłem niemiłosiernie ale słuchałem, słuchałem na czym polega pogrzeb kościelny i srożej zawieść się nie mogłem. Nie było w tym krzty duchowości, zadumy tylko li ceremonia mszy, od której od dziecka mnie mdli i z wiekiem, choć raz na dekadę tam jestem - mdli coraz mocniej. Hymny, psalmy prowadzone nosowym głosem organisty i homilia pogrzebowa gdzie w dwóch zdaniach ksiądz napomknął o chowanym i to jeszcze w związku z jego spowiedzią, która miała miejsce dwa lata temu, po czym przeszedł do tzw. "prawd wiary dotyczących spraw ostatecznych". Jak bardzo to wszystko nie dotyczyło tego człowieka, wokół którego się zebrano, jak bardzo było wyrwane z kontekstu i swoistości jego żywota, to niewątpliwie doświadczył chyba każdy kto go dobrze znał. Wygłoszenie listy piętnastu nazwisk, które dały na mszę za zmarłego było bodajże punktem kulminacyjnym "uroczystości". Ksiądz głośno, jasno i wyraźnie wymawiał nazwiska a robił to w tonie - dało się odczuć gdy ktoś umiał słuchać - jednoczesnego wyrzutu, upomnienia tym wszystkim, którzy o tę intencję (może jeszcze) się nie pofatygowali. Nasuwają się słowa Petera Sloterdijka dotyczące tzw. selfish systems - w tym kościołów - zawarte w książce "Musisz Życie Swe Odmienić":

Ze strony kościołów nie dało się dotychczas słyszeć, że jedynym ich celem jest zachowanie kościołów...

Piętnaście nazwisk wpłaciło do kościelnej szkatuły pieniądze a wdowa i rodzina grzebanego biedna. Dlaczego nie wejdzie w zwyczaj składka na rzecz tych, których najmocniej nieszczęście dotknęło? Z czystym sumieniem i dwieście złoty bym wdowie dał a tylko pomyśleć, gdyby wszyscy obecni uczynili ten gest aby po prostu - lżej było kobiecie, na której głowie teraz spoczywa cały dom. Miast tego zanieśli po pięćdziesiąt bądź sto złoty księdzu by w odległej przyszłości przy mszy, która i tak ma się odbyć wymówił imię i nazwisko zmarłego by ksiądz miał dodać, że to w jego intencji. 

Wyszedłem wcześniej wraz z towarzyszem i poszliśmy na cmentarz, gdzie dół był wykopany. Grabarze stali nieopodal w ręku dzierżąc łopaty. Jeden z nich, niegdyś dobry chłopak, wiodący obecnie żywot wyrwikufla tłumaczył się ni stąd ni zowąd, że grób płytki bo ziemia piaszczysta się osuwa. Nic podobnego tedy nie zauważyłem. Dół był głęboki na tyle żem z odległości metra odeń dna nie dojrzał. Skonstatowałem się w porę, że nie wypada tak stać bo jak nas spostrzegą to wezmą to za znak tego, żeśmy jako pierwsi czekali na pochówek a tym gorzej jak pochód nas tam zastanie. Zawróciliśmy pod kościół. Wtenczas trumnę wyprowadzono. Kondukt ruszył; przodem najbliżsi zapłakani, reszta bezłzawo. Syn chowanego, mój prawdziwy przyjaciel z czasów kiedy jeszcze potrafiliśmy się śmiać do łez w dzień każdy - też bezłzawo, bardziej gniewnie. Nie wymieniliśmy spojrzeń bo zawsze gdyśmy to robili towarzyszył temu uśmiech - a chciałem uniknąć tej możliwej reakcji, choć powód ten teraz zdaje mi się niedorzeczny. Nie widziałem się z nim od dwunastu lat i byłoby dziwnie się zobaczyć w takich okolicznościach. 

Gdy kondukt zmierzał ku pasku ziemi wyciętej uderzyło mnie to, pojąłem, że i właściwie ceremoniał konieczny gdyby nie był naszpikowany tak programowo obrządkami kościelnymi, gdyby nie był tak zinstytucjonalizowany, zawłaszczony przez kościół; ceremoniał słuszny wprawdzie - gdyby kościół nie maczał w nim swoich brudnych Łap, gdyby nie maczał w ogóle łap w człowieku. Przypominam sobie gdy jako dziecko chowałem swojego psa i ze smutkiem muszę przyznać, że było w tym więcej uroczystej i wzniosłej duchowości niźli w tzw. egzekwii kościelnej. Indywiduum przepada w niej z kretesem, przez co rozumieć należy, iż czas ostatniej drogi, jaki należy w pełni poświęcić zmarłemu, myśleniu o nim i żałowaniu go oraz słuchaniu mów pożegnalnych, jest w zupełności zawłaszczony przez zrutynizowaną, automatycznie wykonywaną przez kapłana - procedurę przy akompaniamencie dekoncentrujących psalmów, hymnów i antyfon; procedurę która programowo odwraca uwagę od zmarłego i kieruje ją w rejony tzw. Prawd Ostatecznych, których Kościół spełnienia jest warunkiem (Deklaracja wiary: wierzę w święty kościół powszechny, świętych obcowanie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny...), co znaczy, że pogrzeb zwraca wszystkim uwagę na niezbywalność i konieczność samego Kościoła jako pośrednika w "zbawieniu" - wiąże i uzależnia, pęta i zniewala. Przypomina; "prochem jesteś i w proch się obrócisz lecz ciało pod krzyżem złożone Bóg wskrzesi do życia w chwale". Egzekwie tedy straszy uczestników i skupia ich uwagę na nich samych, na ściśle pojętym egoizmie chronienia się przed ogniem czyśćca i wiecznym potępieniem - nie skupia zaś na samym zmarłym, co ze wszech miar byłoby wskazane; czyni natomiast śmiercią jednostki pretekst i sposobność przypomnienia o swoim znaczeniu w "zbawieniu duszy". 

W dalszym ciągu rozważałem wizję tworzenia przygrobnych szkatuły wspomnień, społecznościowych baz wspomnień o zmarłym, bo jakże wiele wspomnień, o których nie wiemy - inni o nas noszą a wraz z ich śmiercią także i pamięć zaginie. Wielka księga powstać by mogła gdyby tych stu uczestników pogrzebu spisało własne ze zmarłym przygody i wspomnienia i czy ktoś twierdzi aby miały być one tylko piękne i pozytywne? Przeciwnie. Zapewne opowieści to byłyby z natury groteski i kuriozum. 


Człowiek był ten niezwykle wyróżniającą się postacią i z wieloma zadzierzgnął różne więzi i waśnie ale jakże komiczne te waśnie! Zaświadczam wam, że w większości rzeczy które mówił i myślał była ironia a w rzeczach jego czynów międzyludzkich, z kolei zamierzona bądź mniej niezamierzona groteska. Miał tą rzadką zdolność zachowywania kamiennej twarzy przy opowiadaniu żartów i mówił w tonie poufnej konfidencjonalności niejako zdradzając ci "tajemnicę". Miał wiele przywar w tym naczelną - zazdrość o małżonkę, z czym związanych jest wiele historii (m.in ta, którą już opowiedziałem przy okazji omawiania tematu "zazdrości" w związku z "miłością" w "krótkiej rozprawie nad istotą wzruszenia; część druga" a którą nie godzi się powielać); a z cnót, jak się rzekło poza humorem - geniusz prawdziwego wynalazcy konstruktów inżynieryjnych, stąd zwykło się o nim mówić w naszych okolicach: Edison. Lecz nade wszystko człowiek był to mądry, dobry psycholog, którego wnikliwości się obawiałem. Stojąc przy nim wrażanie się odnosiło iż widzi on każde wewnętrzne drgnienie, na wylot lustrując niczym mechanizm maszyny potrafiłby powiedzieć - jak też ona działa.


                                                     ŻEGNAJ DROGI SĄSIEDZIE
                                                       PAMIĘĆ MA PÓKI ŻYJĘ
                                                 BĘDZIE O TOBIE ZAWSZE ŻYWA




niedziela, 31 lipca 2016

31.07


Można by szerzej potraktować dzieje przypadku i zdarzenia nie sprowadzając li tylko do tego co nam się przydarza-co się przydarza naprzeciw tego co trwa jako swoje-własne ale ogólniej, żeśmy sami są zdarzeniem, zdarzeniem które się zdarzyło, od początku do końca, tak jak wszystko co mieści się od tego pierwszego oddechu, po ostatni, tak wszystko to, w czym się mieści i ten pierwszy oddech i pierwsze słowo i myśl i ostatni oddech i ostatnia myśl jednako się zdarzyło, nie ma bowiem nic poza tym. Nie ma wewnętrznej, niezależnej perspektywy, tak samo jak i wszystko, tak ona się zdarza, przydarza, pokazuje, natrafia, wypływa. Nie ma wewnętrznego obserwatora tych perspektyw tak i on się zdarza i objawia; nie ma samemu sobie - też i to się ukazuje nie wiadomo skąd. Wszelka podstawa i fundament to z kolei zdarzenie ufundowane na mocy innych podstaw i fundamentów, co niknie w nieskończonym horyzoncie. Lecz właśnie, śledźmy to, co się objawia i patrzmy na te zdarzenia, choć sami nimi jesteśmy. Chciałbyś traktować siebie jako myślącego a swoją myśl za efekt swojego myślenia. W gruncie rzeczy to bezosobowa siła wprawiła w ruch marionetkę którą jesteś ale w tym wszystkim nie możesz tego widzieć, bo zdaje cie się, żeś to ty tą siłą. Wszystko jest bardziej zewnętrzne niż wewnętrzne. Wszystko bardziej zdarzeniem niż świadomą kreacją. 

wtorek, 26 lipca 2016

przemiana


Nie wiemy co stało się dalej z waszym życiem, sami nie potraficie powiedzieć bądź trzymacie się bezpiecznej konwencji. Trudniej bowiem odpowiedzieć szczerze na pytanie dotyczące naszego aktualnego położenia, zważywszy że pytani jesteśmy bądź to codziennie w środowisku pracy prostym "co tam" bądź tym gorzej, po latach "i powiedz jak tam u Ciebie!" trudniej zaprawdę, niż o to czy istnieje bóg. Bowiem zapytany o to drugie wiedziałbym co odpowiedzieć. Kwestia zakresu tego co "u nas" jest nieporównanie rozleglejsza od kwestii boga i wiele trudniejsza do rozstrzygnięcia, najczęściej jednak pada odpowiedź pozorna, afirmująca nasze doczesne życie, niż szczera i negatywna wyostrzająca zarys czegoś złowieszczego. Co stało się z waszym życiem? Pytając o to mam na myśli zmiany, których sami nie zdążyliście spostrzec, zmiany jakie zaszły w waszej mentalności, z roku na rok uboższej. Nie chcę się dziwić, że w większości marniejecie w oczach tak jak i ja, tracicie na inteligencji, humorze, błyskotliwości ale miejcie odwagę to powiedzieć, że stają się z was ci ludzie nudni i bezbarwni, pochłonięci zarabianiem i wychowywaniem, pracą która was niszczy do cna, ci sami o których nie dalej jak kilka lat temu mówiliście z pogardą. Dalekosiężne i głębokie zmiany nadchodzą niepostrzeżenie, po powierzchni, ta z kolei staje się nowym ciałem. Nie wiem, co to za choroba, która toczy nasze umysły. Wszyscy się zmieniacie, i ja się zmieniam ale coś uczynić temu trzeba, przyjrzeć się, opisać ten proces dezintegracji lub nowej, innej integracji.
Pytanie inaczej zadane o tym samym znaczeniu brzmiałoby "co złego się z Tobą stało"? Dnia każdego życzyłbym sobie takie pytanie słyszeć. Odpowiedź pewnie zaskakująca "nie wiem, choć się domyślam" w ostateczności może zostać wystawiona także i przeciwko "co u Ciebie". Generalnie źle się dzieje i jedyne dobro płynie z możliwości zastanowienia się nad tym "co się dzieje".

poniedziałek, 25 stycznia 2016

szkice z egzystencji; krótka rozprawa o naturze nieobecności



Wszystko co pisze, jest wynikiem mojej ograniczoność i nadzieją  jej przekraczania. Podejmuję jedynie praktyki zmierzające do samorozjaśnienia egzystencji i podstawowych fenomenów znajdujących się w jej polu. Zapis to "laboratorium myśli".


szkice z egzystencji; krótka rozprawa o naturze nieobecności 


Jak nieobecność jest bliska nieistnieniu, zdaję sobie sprawę zawsze, gdy przychodzi mi myśleć o zdarzeniu dziejącym się gdzieś poza mną i o zdarzaniach, które sam mógłbym spowodować, gdybym chciał, a tego nie czynię, rezygnując przy tym z wielu możliwych form obecności dla tej jednej - obecnej. Gdy przychodzi mi myśleć o przeszłości i przyszłości, o Innych, poznanych i niepoznanych, w końcu o naturze samej egzystencji. 


konieczność 


Nieobecność z konieczności naturalnej, bycia konkretnym indywiduum dziejącym się w określonym czasie i miejscu, które nie może być żadnym innym indywiduum, dziejącym się gdzieś indziej. Formę tę można przedstawić sobie w stworzeniu ożywionym działającym, nie tylko tym ludzkim, ale i wszelakim innych, nie tylko aktywnym dzisiaj, ale i tym, które kiedykolwiek, w jakikolwiek sposób było obecne wyrażając konieczność obecności, poza którą jest bezkres nieobecności. 

Nie będzie mi nigdy dane doświadczyć życia przede mną, życia obok mnie i życia po mnie. W tej mierze bardziej mnie nie ma, aniżeli jestem. Obcy pozostanie mi i niedostępny cały obszar Życia, z którym wszakże jestem związany wieloma łączącymi zależnościami, nie tylko z moimi przodkami, ale z Całym życiem, od jego form najprostszych do najbardziej rozwiniętych, obcy i niedostępny z powodu konieczności bycia obecnym tylko na swój sposób, i jednocześnie bycia nieobecnym w nieskończonej liczbie sposobów, czasowo i materialnie od mojego oddzielonych, do których nie mam bezpośredniego dostępu, bowiem to musiałoby zaprzeczyć mojej formie obecności. 

(...)o ile i w jakiej mierze inne rzeczy i istoty są poza tobą, o tyle i w takiej mierze nie ma ciebie(...)

Ta nieobecność polega na niedoświadczaniu wszystkiego, co się dzieje poza mną – w innym bycie. Czy nie mógłbyś (być) każdym Innym bytem na tej ziemi, skoro Twoje istnienie jest zdarzeniem losowym, i przez to w żadnej mierze nie różniącym się od innych stworzeń, które nie wybrały swojej postaci ani czasu ani miejsca pojawienia się w świecie, a granice te zostały im nadane?  


                                                              przekraczanie konieczności 


Przywykliśmy do "samych siebie" do tego stopnia, że nie podjęlibyśmy się "zamianie". To pokazuje jak niewiele wiemy o każdym Innym, przez to tak pewnie pozostajemy przy swoim własnym. Uprzytomniwszy sobie, jak każdy w sobie jest zakorzeniony, do tego stopnia by nie chcieć "zamiany", możemy sobie wyobrazić skalę naszej nieobecności poza nami się rozciągającej, w nieprzemierzonej masie ludzkich i nie-ludzkich istnień. Bycie obecnym, w inny sposób niż Twój własny, budzi w Tobie zapewne lęk utraty tego, do czegoś przywykł, bo wiesz sam najlepiej, czym dla siebie jesteś, że nikt inny tego rozumem nie ujmie, nikt w Twoim byciu Ciebie nie zastąpi. 

Czynimy dążenia zmierzające do zatarcia poczucia nieobecności, do zatarcia lęku wynikającego z niewiedzy o Innych i Innych niepoznawalności, nieprzeniknioności obcych, tak naprawdę zewnętrznych nam form życia ludzkiego i ogólnie organicznego, dążenia polegające na poznawaniu, na wypełnieniu treścią tej nieskończonej przestrzeni rozciągającej się wokół nas, aby wszędzie tam, gdzie niemożliwa nasza obecności stało się możliwe nieobecności tej poznanie, przyswojenie i opanowanie. 

Jednostka wobec tego skazana na swoją jednostkowość i z konieczności ograniczoność przekracza granice swego jestestwa, aby rozumowo objąć swoją-nieobecność w Innym oraz w świecie, aby rozumowo połączyć - a jeśli to niemożliwe to intuicyjnie - wszystko co poznawalne w związki i uśnieżyć lęk przed własną w świecie nieobecnością. Wchłonąć, zagarnąć, przyswoić, opanować Wiedzą, a jeśli możliwe Wiedzę tworzyć, zwiedzić świat, tam gdzie nasza Nieobecność, poznać Innego, tam gdzie nasza Nieobecność, głód wieczny, bowiem Nieobecność otacza nas nieustannie w każdym i wszędzie, - wszędzie poza nami.

Najrozleglejsza wiedza o człowieku wymyka się doświadczeniu Innego, którego objąć rozumem, na podobieństwo owych obiektywizowanych związków w świecie - niepodobna. Ten człowiek uprzytamnia Tobie żeś w nim nieobecny, żeś w każdym Nieobecny. Że każdy stanowi miejsce Twojego niewypełnienia ale też, że sam jesteś miejscem nieobecności innych. Zależność tą wydobył na jaw Feuerbach: 

Tyle ile inni poza mną mają i w jakiej mierze istnieją, tracę ja, tyle jest we mnie pustych i nie wypełnionych przestrzeni; każdy poszczególny człowiek, który istnieje poza mną, jest we mnie dziurą, pustką, luką, jestem istotą na wskroś podziurawioną (...) w każdym człowieku widzę tylko to, czego mi brakuje. 
 
Nie tylko z natury swojej pomimo możliwych podobieństw jesteś od niego Inny, ale także całe pojęcie jakie masz o człowieku nie wystarcza do określenia jednego indywiduum. Stąd też, człowiek zdaje się z natury dążyć do rozciągania swojej obecności poza swoje granice, czyniąc to w każdym akcie zwrócenia się w stronę świata.

 Pozostaje refleksji natura owych granic, stawanie się z włókien materialnych i duchowych świata, nasza niesamoistna geneza. Stałeś się z włókien tego świata i w stosunku do samego świata odznaczasz się różnicą i samoistnością, pochodzisz z całości świata tego, lecz pozostajesz materialnie od niego oddzielony i jako ciało z immanentną,  właściwą sobie tkanką cielesną i duchową stanowisz osobną całość, poza którą rozciąga się Twoja nieobecność. 

Poza wąskim i ograniczonym zasięgiem Twoich poczynań sygnalizujących zaledwie Twoją obecność, wszędzie indziej dla Świata jesteś nienarodzony, nieobecny - nieistniejący. Każda obecność związana z poznawaniem, doświadczaniem, doznawaniem, przeżywaniem, to osobny świat a w miliardach owych światów - Twój jeden, nie posiadający Całej owej pełni wszystkiego, co poznające i poznawalne, obszerniej nieobecny w wymiarze życia jako całości - aniżeli obecny. 


                                         nieobecność Innego; nieobecność poznanych


Z poczucia Jedyności wynika myśl o innych, niezastępowalnych Jedynościach. Dokładne przeciwieństwo myślenia o tym, że każdy jest zastępowalny. Z faktu oczywiście o niepowtarzalności każdego z nas, nie można wyprowadzać wniosku, że każdy Inny jest mi tak samo cenny i niezastępowalny. Bowiem z tysięcy rezygnujemy na rzecz tych kilku. Zasady tego nadzwyczajnego procesu kojarzenia się w pary to osobny temat na analizy. 

Również uczucia nabierają osobliwego wyrazu wypełniane treścią Jedynego. Jeżeli pojawia się przyjaźń, nie jest to ta sama przyjaźń, która wytworzyła się wcześniej pomiędzy dwiema Jedynościami, jeżeli pojawia się miłość, nie jest ona odwzorowaniem poprzedniej miłości, żadnym jej powtórzeniem, lecz jedynym, niepowtarzalnym zjawiskiem. Jedyności są zastępowane z różnych powodów ale nie zastępowalne. Każdy, z którym weszliśmy w bliższy kontakt będący nieobecnym pozostaje w naszej mentalności jako "brak", którego nikt inny wypełnić nie może. 

Naturalnie jednak człowiek postępuje wbrew temu odczuciu wypierając "brak", - "zacierając ślad". "Ślad" niemniej zawsze pozostaje. Pewna autoanaliza odsłania przede mną "brak" Innego i zarazem przypuszczenie, że w pamięci Innego pozostawiłem podobny "brak". Nie kierujemy się jednak na spotkanie. Nie przypominamy wzajemnie o sobie, nie widzimy się, nie rozmawiamy. Nie wypełniam ponownie "braku", jaki po sobie zostawiłeś, godzę się na "ślad" i nie podążam za nim do realnego, żywego, do oryginału, choć wiem, że on egzystuje. To nasze dobre, zamrożone znajomości, to nasze "więzi" ze światem. 

Jesteś dla mnie nieobecny, podobnie jak ja dla Ciebie. Jesteś przedmiotem pamięci, podobnież jak ja. W miarę jak przyrasta w nas czas możemy stać się sobie "obcy" ale nawet wówczas "ślad" niegdysiejszej obecności pozostanie niewymazany. W jaki sposób jesteśmy nieobecni w Innych, możemy tylko przypuszczać dzięki skupieniu się na ich Nieobecności w nas samych, choć mówiąc precyzyjniej, najpierw myślimy Innych a dopiero później zdajemy sobie sprawę z możliwej symetryczności tego zjawiska. 

Niezwykłe to doznanie uczynić siebie możliwym "brakiem" w czyjejś pamięci. Cóż za nietypowa forma egzystencji. Przyjmuję, że Inni w mojej pamięci pozostają pod postacią "replik" a więc są częściowo modulacją mojego umysłu. Podobnie też osadzony jestem na pamięci Innego. "Replika" to swoisty sposób przyswojenia Innego na podstawie oryginału. Również przeto niegdyś byłem przyswojony i tylko pośrednio wpływ miałem na to "jak". Teraz zaś nie mam żadnego wpływu na "trwanie" kopii siebie w czyimś umyśle, tak jak Inny nie ma wpływu na trwanie swojej kopii w moim. Kopia tworzy samoistny świat bez ingerencji Innego - do momentu jego rzeczywistej ingerencji. Od momentu odseparowania się od Innego, kopia jego mocniej zatem podatna jest na moją modulacje a więc mogę czynnie ale i zupełnie nieświadomie wpływać na jej postać. 


                                                           nieobecność niepoznanych 


Poza osobami poznanymi nieobecność dotyczyć może osób nieznanych, niepoznanych i niemożliwych do poznania i przy tym nas samych, jako nigdy niepoznanych, niewydarzonych w czyimś życiu. I znowu nie mam na myśli aby każdy każdemu stać się musiał obecny ale pewne kręgi sobie bliskie. Aby doświadczyć tego przeszywającego uczucia pustki powodowanej nieznaniem Innego, możesz z przypadkowo w życiu poznanych osób wyciągnąć wyjątkową dla ciebie i pomyśleć, żeś jej nigdy nie poznał, że zawsze miałaby pozostać dla ciebie nieobecna. Czy widzisz teraz skalę zjawiska objawiających się obecności. 

Nie być nawet "brakiem" nie być "śladem", to nie być w ogóle dla Innego. Tutaj zaczyna się nasze nieistnienie, gdzie zaczyna się nasza radykalna nieobecność dla Innego. W tym świetle aktywność ekstrawertyczna polegałaby na łagodzeniu własnego nieistnienia wobec Innych a introwertyczna na odcinaniu się od tego "nieistnienia". Im mniej ludzi poznaję, tym bardziej jestem nieobecny względem Innego, co też może służyć takowej osobowości. Dążyć ona skłonna bardziej do swojego centrum a dopiero z jego wytworzenia promieniować na Innych. Z kolei zaś natura bezpośrednio promieniująca wzmacnia się nieustannie wzajemnością z Innym, gdzie ciągle mu się "jawi", bym rzekł, że obecna dla siebie samej nie jest, jeśli nie mówi do Innego, jeśli siebie nie słyszy, jeśli myśli nie wyraża mową, stąd też u ekstrawertyka zauważa się czasami wybuchy spowodowane milczeniem, nie ma bowiem dla niego innej Jaźni aniżeli dialogiczna. Powiada tedy: wyjść muszę bo oszaleję! Niepokój w niego wstępuje i miota się gdzie bądź aby rozładować potencjał dialogiczny, przesuwa przy tym przedmioty, pozerkuje nerwowo przez okno, to już w nadziei, że ktoś się pojawi niespodzianie, to zaś odzienie nakłada i na miasto chce wyruszać, bowiem milczenie i zastój nie służą takiej charakterystyce.
Introwertyk zaś, jak powszechnie wiadomo, może zasklepiać się w swojej Jaźni i sporządzać coś w niej, aby mogło po czasie wytrysnąć, ani milczenia ani samotności takiemu nie straszne. Jednemu jak i drugiemu daje o sobie znać nieobecność, jak było mówione dwojako pojmowana: nie-bycia dla Innego nieznanego i nie-bycia Innego nieznanego. 

Pomijam już rozróżnienia na osobowości, typy o swoistych regularnościach, nie różnicuję. Zamiast tego w swej nadziei próbuję ująć istotę człowieka we mnie się ukazującą. Tak, słyszałem, że człowiek nie ma istoty a ją dopiero określać powinien. Określać, lecz jedynie swoją, tylko do niej ma bezpośredni albo i pośredni dostęp. Ale cóż komu, jeśli określać będę tylko swoją i nigdy nie wejdę w przenikające się pierścienie egzystencji trwające poza mną. Nie ma tu innego zespalania niż "wczucie". Inny obecny w myśli, działający na jej kształt. Inny zjawia się z pomocą kiedy "ja" milczy, Inny, którego natura nie jest mi znana, nie jest zgłębiona. "Wczucie" pozwala przemówić Innemu. Ująć istotę nieobecności człowieka, to rozpoznanie zarazem jego obecności. 


                                                                  nieobecność pożądana


Jakże można pominąć pożądanie nieobecności Innego, skoro Lwia część życia poświęcona jest na ucieczce od Innych. Nie tylko Inny jest niepożądany ale i ja (Ty) dla Innego jestem niepożądany. Zabawne to doprawdy zdać sobie z tego sprawę. Być niepożądanym, to być w szczególny sposób. Pomyśl ile nieszczęść ci oszczędzonych, że nie musisz przebywać z Innymi niepożądanymi ale też i może nieszczęść na ciebie spaść musiało skoro być dla kogoś nie możesz, dla kogoś kto twojej obecności nie pożąda. 

Cała filozofia zdaje się rozsypywać, gdy na myśl nam przyjdzie nieobecność pożądana. Zdajemy się zapominać o TEJ niesfornej przestrzeni obcych, którzy w różnych środowiskach i okolicznościach mogliby nam szkodzić lub życie utrudniać. Domniemane niepożądanie niepoznanego Innego, zakładam, że takowi są, wykluczyć nie mogę i z faktu, że dostępu do nich nie mam, ani oni do mnie wyprowadzam spokój i szczęście. Nieobecność niepożądanego sprzyja tworzeniu "obecności" pożądanej. Możesz zaprzeczyć uznając to pogardą do ludzi ale zupełnie wykluczyć muszę abyś nigdy nie doświadczył-a nieznośności Innych. 

Jeśli mam myśleć Innego, w kategorii zawsze nienasyconego pragnienia poznawania indywidualności, zgłębiania tych poznanych i otwartości na tych niepoznanych, to przy tym nie mogę pominąć Innego, którego w życiu swoim poznać bym nie chciał. Choć co prawda, każde jestestwo da się usprawiedliwić i choćby zamknięto mnie w celi z potworem musiałbym go myśleć, jako coś nieodwracalnego i koniecznego a poznawszy jego historię genetycznych uwarunkowań działających na jego zachowanie i myślenie, po historię życia osobistego doszedłbym do wniosku, że być inny nie może - to przy tym nie mogę nie myśleć jego obecności w moim życiu jako czegoś niepożądanego a obecnie sytuację taką sobie przedstawiać jako nieobecność pożądaną. 

Los nami często miota po tym świecie i natrafiamy na ciekawe przypadki wyłaniające się z "pola nieobecności pożądanych". Nie rzadko zdarza się to w "środowiskach pracy" stających się istnym przekleństwem, nie tyle już przez wykonywane weń czynności, co w równie wielkim stopniu za sprawą Innych. Jakże aktualne w tym wypadku pozostanie zalecenie Schopenhauera:

Kto zmuszony jest do życia wśród ludzi, temu nie wolno odrzucić bezwzględnie żadnej indywidualności, skoro natura już ją stworzyła i dała, choćby była najgorsza, najnędzniejsza lub najbardziej komiczna. Powinien raczej przyjąć ją jako coś nieodwracalnego, coś, co na skutek działania wiecznej i metafizycznej zasady jest z konieczności takie, jakie jest (...) Nikt bowiem nie może zmienić cechującej go indywidualności (...) Jeśli potępimy w czambuł Całą jego istotę, nie pozostaje mu nic innego, jak uznać nas za śmiertelnego wroga.


Możemy uznać ale też możemy nie chcieć, stąd ucieczka od Innych cechująca nasze życie. Zamiast wytężać wszelakie siły aby uznać Innego, wręcz niekiedy inwazyjnie zderzającego się z nami i dokonującego abordażu, możemy chcieć go odrzucić i czas wytężać na Innego afirmację w różnych jego przejawach, w ruchu żywej ekspresji, bądź w formie zapisanej i utrwalonej w kulturze. Jak mawiał Sokrates: Jak wiele jest rzeczy, których potrzeby nie odczuwam podobnie i my możemy powiedzieć w miejsce rzeczy wstawiając - Innych. 


                                                                 Twoja przeszłość 


Nieobecność także dotyczy przeszłości, w której nas nie ma. Choć przeżywana niegdyś bezpośrednio w czasie rzeczywistym, jak chwila ta obecna - staje się nieuchwytna i rozproszona w mirażu wspomnień.
Pewne stany, o których moglibyśmy powiedzieć, że stanowią sens naszego życia urywają się nie znajdując swojej kontynuacji i w miarę upływu czasu zaczynamy powątpiewać w ich tamtejszą realność zapytując siebie; czy to naprawdę się wydarzyło? Podobnie jak ciągnące się latami okresy życia. Zostało to przeżyte i stało się nieobecne, tak jak dzień dzisiejszy względem jutrzejszego, rok obecny względem kolejnych. 

Pamiętasz, dzień cały rozmawialiśmy o tysiącach rzeczy ale zapytani teraz, jakie to one były ani jednej wspomnienie by nie przywróciło. Gdzie się podział ten dzień?! W zarysie naszych postaci? Zaledwie tyle się pamięci ukazuje. Postacie poruszające ustami. W przeszłości nas nie ma, choć jesteśmy w niej nie mniej niż w chwili obecnej, z takichże właśnie ona się składała poczuć niepowątpiewalnej obecności, jesteśmy w niej tak, jak jesteśmy teraz względem przyszłości. 

Niemniej przeszłość to nasza nieobecność wraz z całym, kompletnym, ludzkim i materialnym otoczeniem w czego granicach przeszłość sobie przypominamy. Granice świata materialnego i ludzkiego się przesuwają wraz z położeniem naszych w nim ciał. Zakreślamy wolą własną bądź koniecznością losu owe granice nazywając je obecnym życiem i z perspektywy tych nowych granic, niczym z jakiegoś wyższego tarasu w piętrowym ogrodzie przechodzimy pamięcią w piętra niższe. Najgrubsze zarysy przeszłości pozostają wraz z nielicznymi szczegółami a rzeczywista i właściwa na czas ówczesny, otoczona tysiącem mikro-zdarzeń i powiązań, zniuansowana całość owego dawnego życia - znika.  


Zaprzeczyć niepodobna iż nasza przeszłość nas ukształtowała, z jej atomów się składamy i jesteśmy jej kontynuacją o czym wymownie powiedział Maurice Ponty: 

Bardziej odległa przeszłość również ma swój porządek czasowy i zajmuje pewne miejsce w czasie w stosunku do mojej teraźniejszości, a to dlatego, że same była niegdyś obecna, że "swego czasu" przenikało ją moje życie i że miała ona dalszy ciąg, prowadzący aż do chwili teraźniejszej. 
 
Przeczyć podobna jedynie statyczności konstelacji wytworzonych w określonych momentach naszej historii. Stan nostalgii w świetle tego polega na przypominaniu sobie tych konstelacji, których już niepodobna przywrócić. Konstelacje bowiem ulegają rozproszeniu przez siły odśrodkowe i zewnętrzne, od nas niezależne. Nostalgia to spojrzenie na ruinę nieprzywracalnej konstelacji- czasowej, której czynnikiem współtwórczym byliśmy my sami. 

Gdy żyjemy wewnątrz czasowej konstelacji z rzadka zwracamy uwagę na jej chybotliwość i przemijalność, choć zarazem nie opuszcza nas świadomość utraty poprzednich. Póki zaś żyjemy, nie możemy nawet przymuszać, która z konstelacji była, jest, czy też będzie najbardziej udaną, adekwatną, najwłaściwiej nam przysposobioną. 

Gdy dziadek wspomina przed wnuczkiem swoje dzieciństwo, ten nie rozumie jego fenomenu póki je nie przekroczy, póki owa konstelacja nie ulegnie defragmentacji. Konstelacja nie jest tożsama z etapem życia suponującym świadome jego przekraczanie, konieczne jego znoszenie w imię etapu dalszego i wyższego. Konstelacja rozprasza się stopniowo bądź nagle, podług naszej woli i niezależnie od niej. Najczęściej jednak lubi przypominać o sobie po czasie. 

Spotykając niegdysiejszego przyjaciela po latach i zauważasz wyrosłe między wami nieprzekraczalne różnice, na myśl nasuwa ci się okres, kiedy to różnic tak kolosalnych nie było, a więc wspominasz rozproszoną konstelację, konstelację uległą dekompozycji. Nie jest to rzecz jasna równe z pragnieniem powrotu w jej wymiar. 

Owe przedziały czasowe nie sprowadzają się jedynie do relacji z Innymi ale do bardziej szerszego kontekstu w miarę ciągłych stanów-obecności-w-świecie osadzonych na naszej cielesności, świadomości i szeroko pojętym otoczeniu. Nasza pamięć retrospektywna, ten niemy świadek przeszłości, poświadcza nam o realności tychże stanów, jako niegdyś dominujących, o ich odmienności w stosunku do poczucia aktualnej obecności. 


                                                                 Twoja przyszłość 


W przyszłości nasza obecność to czysta możliwość. W przyszłości zaś nasza nieobecność to czystka konieczność. W przyszłości, rzecz ujmując - będącej już poza nami. W jakiej postaci będziemy siebie uobecniać, ciągle przed nami nieobecne. Nasze "pole obecności" jawiące się jako stały ośrodek zespalającej jedności horyzontów ulega w czasie ledwo zauważalnym transmutacjom, do których "inności" mamy dostęp poprzez przypomnienia przeszłości. 

Bycie dla siebie nieobecnym w przyszłości, to niemożność przewidzenia jakości, intensywności i rodzaju stanu skupienia "pola obecności" w jakim wówczas będziemy zanurzeni. Wiek i nachodzące nań zmiany przesuwają nas w obręb podobnej, jednakże nieidentycznej obecności. Można rzec, że właściwie niczego nie tracimy pozostawiając w tyle za sobą zużyte formy obecności, jednakże przy tym mylilibyśmy się mocno. Podobnie jak te przeszłe, pozostawimy i tą aktualną, aż w końcu dojdziemy do "granic" obecności, do czasu ostatecznego, rozwiązującego wszelkie minione, wszelką teraźniejszą i możliwe przyszłe. 

Obecność nasza sprzed lat dwudziestu nie była mniej istotna aniżeli doczesna, aktualna zaś nie będzie mniej ważna od tej za lat dwadzieścia, tej na razie domniemywanej. Każde teraz niesie tak samo istotną obecność, choć w czasowej rozciągłości egzystencji nie-identyczną. Tak jak nasza nieobecność, dla której podstawę stanowi przeszłość, obecność przypominana, nieść może dozę pesymizmu, ową świadomość ulotności czasu, w którym byliśmy zanurzeni, świadomość czasu minionego, tak myślenie prospektywne sięgające po jeszcze niedokonaną obecność, sięgające po nieobecność przyszłości, nieść z kolei może dozę optymizmu z życia jeszcze niewydarzonego. 

"Teraz", w gruncie rzeczy polega na ruchu prospektywizującym, nie próbujemy "teraz" zatrzymać poza wyjątkowymi momentami, jak na przykład gdy patrzymy na nieubłaganie poruszające się wskazówki zegara dokonując przy tym nieświadomie utożsamienia czasu "zegarowego" z czasem wewnętrznym. Podejmujemy się aktywności z intencją domknięcia ich w przyszłości, przyszłość staje się docelowa względem "teraz". Popadamy przy tym w domykanie bez końca mając zawsze na uwadze czas, który jeszcze nie nadszedł - nieobecną przyszłość. Tam nas ciągle nie ma. 

"Teraz" z kolei, to drobny fenomen czasowy względem obszerniejszej konstelacji-czasowej o niewiadomych i niedających się określić ramach. Zdarzają się płynne i niezauważalne oraz gwałtowne i odczuwalne momenty w życiu, gdy przekraczamy te ramy wkraczając w próg innej-rzeczywistości. Można je wiązać z sytuacjami granicznymi, z radykalnymi metamorfozami, ze zmianą stylu życia, z rodzajem relacji z innymi. Nakierowanie prospektywne zasięg ma stosunkowo bliski, bowiem polega na organizowaniu bieżącego życia, konstytuowaniu go już w nachodzącej nań przyszłości. Różnić się to musi z konieczności od formy nieobecności przyszłości odleglejszej, gdzie nieobecność jest poza zasięgiem aktualnych poczynań prospektywnych, wchłaniających najbliższą-nie-obecność w aktualną-obecność. 

Nieobecność w odleglejszej przyszłości pozwala przypuszczać, poprzez wyciąganie wniosków na podstawie minionej przeszłości, że nasza aktualna kompozycja obecności ulegnie dekompozycji, przez co stanie się w przyszłości "nieobecna". Przyszłość zatem kreśli się jako niewiadoma w podwójnym znaczeniu; jako odstąpienie od siatki zależności składających się na strukturę aktualnej obecności; i jako niewiadomy dziś układ rzeczy, w którym owa aktualna struktura, w jakiej jesteśmy umocowani, będzie jedynie nikłym wspomnieniem, będzie przedmiotem pamięci retrospektywnej. 


                                             nieobecność permanentna egzystencji 


Czym permanentny "brak" bądź jego wyobrażenie, ten rzeczywisty lub zakładany. Gdy Feuerbach pisał jestem istotą na wskroś podziurawioną miał na myśli Innych będących żywym świadectwem naszej nieobecności lecz czy tylko owo podziurawienie polegałoby na ich "braku" czy zaś na czymś od Innych niezależnym. Na wskroś jestem dialogiczny, nawet w autoanalizie. Głos Innego wypełnia mnie samego i niekiedy zachodzi podejrzenie, że to nie "ja" przemawia tylko zasłyszany ale przez "ja" na nowo lecz niezupełnie tak samo "powtórzony" Inny. Samoobjawianie musi pozostać aktualne jeśli nie chcemy być "powtarzaniem" Innego ale Innych "ja", dyskursów i historii twórczą transmodyfikacją. Inny "obecny", czy stanowiący nieobecność i przy tym, nieobecność przywoływaną. Każde pisanie to odpowiadanie, udzielam odpowiedzi choć nieświadom tego, w jaki sposób została mi zadana. Odpowiadam, gdyż ktoś mnie poruszył, być może Feuerbach istotą na wskroś podziurawioną ale byłoby to znacznym uproszczeniem. 

Poruszyło mnie "wszystko". Nieobecność we mnie samym. Dotknięcie pustką. Bunt do jej wypełnienia. Poruszył mnie "brak" obecny tak we mnie, jak i poza mną. Filozofia nie może dać odpowiedzi, może dać "poruszenie". Pomijając nawet filozofię. Nieobecność we mnie samym to "coś" co wystrzeliwuje poza granice dyskursu, to wyrwa, do której bez końca można wrzucać słowa, wlewać rozumienie, kierować wolę, bez końca ową wyrwę można próbować zakrywać obrazami wyobraźni. To "coś", co zarazem w dyskursie zostaje rozpoznawane. To nie tylko "pustota" do której wszystko spływa, to rządna pustota, to nieugaszone pragnienie. Wnętrze człowieka niczym wnętrze galaktyki zdaje się zasiedlać supermasywna, wchłaniająca wszystko pustota a obrazy z życia zapadają w załamującym wewnątrz horyzoncie, w nicość to mknie, która jest w nas, którą przeto jesteśmy z konieczności.

Nicość może i być "niepamięcią" i nie mogę wystąpić przeciw takiej myśli. Lecz nieobecność to nie tylko "niepamięć". Jako, że jestem zwrócony w przyszłość, nie wszystko cofać się musi w ową czeluść ale skądś i "nadchodzi" aby w czeluść zapominania się kierować. Nie widzę więc tylko zapadającą się "niepamięć" ale mam poczucie objawiania się treści "nowych". Niby to z tej czeluści na powrót się przywracały, albo z nieznanego mi źródła - nieświadomości. Poza tym zapadającym, przychodzi coś się odsłaniając. Czyżbym miał wkraczać na obszar tego, co nieświadome dochodząc przez kładkę pojęcia nieobecności? Jako, że nie jestem w Całości sobie dany a tylko na tyle, na ile się sobie uobecniam, muszę przeto być uprzednio swoją nieświadomością. Gdzie wobec tego byłaby ta czeluść, do której przeszłość się zapada i niekiedy z niej niedostrzegalnie przebłyskuje. 

Pamięć musi wnikać w naturę nieświadomości i trwać w milczeniu, ale nie wiem ile tego jest, nie wiem jak to przywracać i oznaczam to "niepamięcią", pustotą, czeluścią a nawet nicością. Dośrodkowe wchłanianie w nieświadomość i odśrodkowe z niej wydobywanie, lecz nie tego, co uprzednio zostało w nią wpisane, a co może zostać przywrócone przez przypomnienie, czemu nadajemy miano przedświadomości. Odśrodkowe wyrastanie z nieświadomości obrazu myśli dla mnie dotąd nieznanego, a więc nie przypomnienie mojej daty urodzin. Bycie dla siebie nieobecnym, to posiadanie możliwości bycia obecnym - w dotąd nieznanym sensie, w dotąd nieznanej strukturze potencjalnie we mnie zamieszkanej. Nie ograniczajmy się do słowa. W muzyce, w szeroko pojmowanej sztuce zachodzi analogiczne zjawisko. Jesteśmy siedliskiem czynnika twórczego w nas samych, płaszczyzną, w której przejawia się moc emergencji. Nieświadomość, w takim ujęciu zdawałaby być uwikłaną w samą emergencję "ja", niby pierwotną, lecz nie jedyną - wobec niego płaszczyzną, z którego ono wyrasta. Nieobecność więc w tym kontekście, to nie czysta negatywność zapominania przeszłości ale pozytywna zdolność "powoływania" siebie w różnych dotychczas nieznanych kompozycjach obecności, mogących się jeszcze wynurzyć.


sobota, 9 stycznia 2016

09.01.2016


Zwierze zamknięte w pierwotnej-obecności i zarazem z tejże na świat otwarte. Spogląda na mnie, zajmuję wyróżnione miejsce w jego polu fenomenalnym, co więcej, moje oczy zajmują miejsce w nim centralne bowiem przy poruszeniach tam właśnie uwagę swoją skupia. Wrażliwość i wyrażalność, pozawerbalne formy zwracania się do świata. Patrząc na to stworzenia z dniem każdym obszerniej i dokładniej ujawnia się jego osobliwość. Więcej i precyzyjniej unaoczniam sobie jego naturę, naturę skonkretyzowaną choć tak z przyczyn naturalnych ograniczoną. Jego naturę, przez co mam na myśli coś wymykającego się mojemu doświadczeniu, niemożliwego pierwszoosobowo i przy tym zwartego, całokształtnego i związanego ze światem, z jego strukturą, związanego też i z nami jako tego świata przejawem. Z wnętrza pierwotnej-obecności obejmuje mnie w swoim polu poznawczym Inny, w milczeniu i skupieniu wyłaniam się jako obiekt nie-bez-znaczenia. Z mnogości ciał to jedno nieopodal zaczyna być znaczące, staje się czymś-znaczącym dla psa. Patrzę na swój język i swoje myślenie, zaczynam na nim różnicować, nadrabiam myśleniem, dominuję nad zwierzęciem próbując go wypowiedzieć w słowach. Naprzeciw byt-w-świecie niemy - widzi mnie. Jego nieróżnicowana słownie czasowość. Jedność zmysłowo-czasowo-przestrzenna, zlana w jedno, idealna. Myśl to pęknięcie w bycie. Myśl zerwałaby ową Jednię, która jest dla mnie niedostępna, niedoświadczalna w pełni owa animalna, przed-ludzka a zarazem zawarta w człowieku pierwotna-obecność. Tak więc Zakrywam słowem wstyd, że dostępu do własnej Jedni nie mam i przemawiam dalej jako byt-wyższy. 

czwartek, 7 stycznia 2016

07.01.2016


Wkroczenie w teren schroniska dla bezdomnych psów było rodzajem uwięzienia pomiędzy. Ciążenie ku podjęciu ostatecznej decyzji w wyborze, jak nigdy przedtem ciężar decyzyjności. Jak tłumaczyć mam podekscytowanie naszych czworonożnych przyjaciół na widok nowego spacerowicza. Dłoń sięgająca w ich kierunku, przekraczająca granicę klatki, co w zasadzie niosła skoro po jej wycofaniu stworzenie domagało się więcej, domagało się pozostania tego przypadkowego człowieka. Ktoś zupełnie dla nich obcy, witany niczym ukochany opiekun. Nie niosłem im niczego poza swoją obecnością. Dla części rzecz jasna pozostawałem intruzem, ale czy można je za to obwiniać, że zupełnie nieświadomie obniżają szanse na lepsze życie zniechęcając swoją postawą. Wiem z doświadczenia, że i te szczekające a nawet szczerzące kły z natury są po prostu dobre, odpowiednio do naszych byłych, z nami związanych, już nieobecnych, nierzadko gości traktujących jak intruzów. Niemniej ta świadomość nie znosi naszej słabości w stosunku do drugiej części psów przymilających się, które nas zachęcają i poruszają. Po wstępnym, niedokładnym i zapewne niesprawiedliwym osądzie około dwustu mieszkańców schroniska, wyłoniłem dziesięciu z czego mogłem zabrać tylko jednego. Zdaję sobie sprawę, że moje poczucie jako jedynego wybawiciela było mylące, wszak nie ja jeden. Natenczas owo poczucie zdominowało moją świadomość i uczucia czyniąc moją sytuację mówiąc szczerze nierozwiązywalną. Pośród upatrzonych sobie, nie istniało już żadne ukryte bądź jawne kryterium, na którym mógłbym oprzeć swoją decyzję. Aby rozwiązać węzeł uwięzienia pomiędzy musiałem się zdecydować licząc się z tym, że każdy wybór będzie dobry (przed tym konkretnym sworzniem otworzy się DZIŚ świat na nowo, rozległa i różnorodna przestrzeń, spanie w cieple, lepszy pokarm, bieganie po lesie itd.) i jednocześnie zły (pozostałe będą nadal uwięzione w niewielkich klatkach na nieokreśloną liczbę dni, niektóre być może do samej śmierci). Negatywny aspekt decyzyjności nigdy wcześniej jak owego dnia czwartego stycznia 2016 roku nie objawił się w takim natężeniu czyniąc mnie winnym. Nikt inny tylko ja - je tutaj zostawiam. Nie wiem ile czasu zegarowego musiało minąć ale w czasie wewnętrznym byłem uwięziony w wieczności. Podobnie jak we śnie, w którym się zapadasz i nie wiadomo jak orientujesz się, że ostatnim ratunkiem jest wybudzenie się, w tej sytuacji musiałem podjąć nagłą, losową decyzję, mówiąc sobie TEN i wyjść z tego świata z TYM jednym ocalałym nie oglądając się za siebie. 

                                                                               ***

***

sobota, 12 grudnia 2015

12.12.2015


Minął równy rok od ostatniego wpisu. Owy dzień był w istocie jednym z piękniejszych tamtej zimy i nie był też tego okresu ostatnim. Dnia dzisiejszego tylko w wyższych partiach góry napotkałem śnieg, rozsypany i drobny niczym sól równo pokrywał zamarzniętą skorupę drogi prowadzącej do schroniska. Wieczorem w lesie pustki i tylko gdzieniegdzie pobłyskują oczy leśnej zwierzyny, która zamiera w bezruchu na widok poruszającego się obiektu z światłem bijącym z czoła. Postrzegany niby wielki nocny łowca udaje, że ich nie zauważam, daję im odczuwać w swoisty zwierzęcy znany im tylko sposób, że ich strategia przetrwania polegająca na nieruchomieniu w ciemnościach na widok nieokreślonego poruszającego się ciała średnich wielkości jest - doskonała. Żadna sarna czy jeleń napotkane od lat w czerni lasu, niekiedy pomimo nieustępliwego z mojej strony trwania w ruchu ze światłem nakierowanym - nie ustąpiło strachowi, przezwyciężyło lęk zachowując zimną krew. Oczywiście gdybym nagle zboczył z drogi i kierował się z większą prędkością w stronę tychże istot pewnym byłoby, że umkną w gęstwinę nim zdążę się do nich zbliżyć ale póki takowy łowca porusza się w bezpiecznej odległości nie należy zwracać jego uwagi niepotrzebnym szelestem. Inaczej reagują lisy, które jeśli tylko usłyszą bądź zauważą potencjalne zagrożenie umykają zwinnie znikając po momencie. Dziki najwyraźniej wtapiają się błyskawicznie w las bowiem ich świdrujących oczek jeszcze nie napotkałem a wiadomym powszechnie, że na terenach Gorców nie trudno o to zwierzątko. Bądź też nasze ścieżki leśne raczej się nie krzyżują. 

piątek, 12 grudnia 2014

12.12.2014



Dzień z zimowych najwspanialszy. Niespotykana równowaga w rześkim powietrzu i porywistym ciepłym wietrze powodującym poszum u drzew, aż się naginały, gubiąc przywarty do nich śnieg co niejednokrotnie buchnął w człowieka zaślepiając go na dobrą chwilę. Polany zaś nieskalane śladem istot żyjących a tylko przy jej brzegach wystające kępy suchych traw. Żal dni takie opuszczać dla tej przyszłości bez horyzontu.

czwartek, 24 października 2013

krótka rozprawa nad istotą wzruszenia; część druga i ostatnia


oddziaływania miłosne; 
zakochanie

Bardzo silny typ wzruszeń wywodzi się z oddziaływań miłosnych, czemu nie można się dziwić wiedząc o potędze tego uczucia i o skali możliwych scenariuszy losów dwojga zakochanych. Już sam akt zakochania jest sam w sobie czymś wzruszającym, tym bardziej jeśli zachodzi obopólnie; czas nagle wydłuża się przez niezwykłość chwili a przestrzeń związana z ciałem zalewana jest falistym ciepłem, otoczenie współtworzy obraz uczucia przez łączenie się z obiektem zakochania. Zakochani jednocześnie są w świecie pozamaterialnym, w niewypowiedzianym pragnieniu wieczności kochania - „chwilo ta, trwaj wiecznie”. Wzajemne milczące onieśmielenie dwojga zakochanych przeczuwających co prawda, że druga strona może czuć to samo, kontynuowane jest w czułym dotyku – pierwszym, jednoczącym wspólne uczucie dotyku. Najcenniejszym momentem zakochania, bo na trwałe zapadającym w pamięć, wydaje się być przejście z fizycznego odizolowania, ku fizycznej Jedności oczekiwanej z utęsknieniem przez zakochanych. Przekraczam wtedy dotykiem granice uczucia i umacniam go odczuwaniem i to, co wcześniej było dla mnie tylko przeżyciem duchowym, od pierwszego dotyku, jest i doświadczeniem cielesnym. Dążą więc oboje do bliskości, gdyż w obiekcie zakochania za sprawą dotyku mogą dostąpić przemiany psychicznego uczucia zakochania - w fizyczne doświadczenie zakochania. Wyjątkowość tej przemiany nakazuje obojgu zachować milczenie, przy którym wyczuwa się onieśmielenie. Przy obopólnym zakochaniu onieśmielenie ma źródła wielorakie; pierwsze bierze się z poczucia bycia dla drugiej osoby kimś na tyle wyjątkowym, że mogła ona ulec w Tobie zakochaniu; onieśmielenie niezwykłością i wyjątkowością zdarzenia; również powstające z przedłużającej się błogiej ciszy łączącej poprzez dotyk – onieśmielającej poprzez milczenie. Wzruszenie może powstawać już z samej niezwykłości stanu zakochania powiązanego z pragnieniem jego trwania, a nasilić się może przez świadomość jego nieuchronnego końca. Afirmacja poniekąd nieskończoności i świadomość nieuniknionej skończoności nadają zakochaniu znamiona tragizmu.


Skąd się bierze zakochanie?

Gdzie ma źródła, gdzie przystanie?
„Jakie wchłoną je otchłanie?” 

Powiedz, powiedz śmiało 

Ono rodzi się w spojrzeniu
Ono żyje w oka mgnieniu
Ono zgaśnie w źrenic cieniu
Gdzie kolebkę miało

W.S Kupiec Wenecki

zakochanie bez wzajemności

Innym typem oddziaływań miłosnych jest zakochanie bez wzajemności, lecz ono przynieść nie może wzruszenia za sprawą okropnego stanu mrocznej rozpaczy, w którym znajduje się zakochany zdany wyłącznie na siebie i swoje urojenia o możliwej miłości z osobą nigdy w kategoriach takich o nim nawet nie myślącej a jeśli już, to odrzucającej taką ewentualność czyniąc przy tym z niego osobę na wpół obłąkaną swoją obsesją. Nie można sobie nawet wyobrazić takiego scenariusza, by taki nieszczęśnik mógł w jakikolwiek sposób budzić wzruszenie. Jedyne co, to może wystawić siebie na niezrozumienie i ośmieszenie pogłębiające tylko jego nieszczęście. Ostatnim gwoździem do trumny rozpaczy byłoby wyznanie tej miłości swojej oblubienicy. Absurd czekający go po tym ostatnim akcie desperacji przerasta najskrajniej posunięte wyobrażenie.

 miłość

  Podejmując zagadnienie miłości, już przy wstępnej refleksji wyłania się niejednolity jej obraz, przez co nie mogę powiedzieć aby charakter jej miał być całościowo wzruszający. Cóż mogę o miłości powiedzieć, skoro w rozumieniu jej sensu, jaki sobie upatrzyłem nie może ona zakończyć się za życia na własne życzenie, tylko trwać ma nieprzerwanie, aż do jego końca, to z kolei nie jest częścią mojego doświadczenia, tylko wyobrażeń i pamięci zasłyszanych historii. Przyjmę dla miłości jedno kryterium: aby miała ona budzić wzruszenie. Gdy więc popatrzę raz jeszcze na to wszystko, co ludzie zwą miłością, nie mógłbym uznać żadnej z tych, w których dojrzałby zazdrość, zdradę bądź zmianę partnera. Kobieta mówiąca, że kochała tylko jedynego, w czasie, gdy ten jedyny od piętnastu lat spoczywa w grobowcu a ona żyje sama, jest żywym obrazem nieskazitelnie trwającej miłości przekraczającej samotne wzmagania z doczesnością. 
Symptomów wzruszenia nie doznamy na przykładzie związku dwojga ludzi, nad którymi ciąży choleryczne i maniakalne widmo zazdrości. Nikt patrząc na parę trzymających się za ręce staruszków, o których wiadomo, że żyli we względnej miłosnej harmonii, pilnujących siebie przy tym i okazujących zazdrość, nie będzie w stanie skruszyć się we wzruszeniu, to zaś nastąpi, gdy wyobrazimy sobie, że ich długowieczna miłość była ufundowana na wzajemnym szacunku i zaufaniu a uczucie zazdrości nie pojawiło się między nimi nigdy. Wbrew widzianej oczyma większości słuszności dla uczucia zazdrości, jako współwystępującego z miłością, od niej nie odstępującego i potrzebnego niczym drugie spoiwo, wbrew powszechnemu uznaniu, iż uczucie to jest czymś pozytywnym i licznym wersjom usprawiedliwiającym konieczność tego uczucia w miłości, jakie zasłyszałem od osób podejrzliwie zazdrosnych o swych partnerów, ale nawet też od tych prostodusznych, którzy prawdopodobnie ulegli wpływowi większości – odrzucam je z impetem, jako niepotrzebne i szkodliwe, choćby dlatego, że w oczach osób zazdrosnych widzę obłąkanie, niepoczytalność, maniakalne opętanie, odrealnienie, strach, rozpacz, zgryzotę, strwożenie, głos zaś osoby zazdrosnej mnie katuje a widok przeraża, bowiem choć nie wierzę w siły nieczyste, to zdaje mi się, że z takową siłą podówczas obcuję, odrzucam je tym mocniej zauważając wzruszający wymiar miłości, gdzie zazdrość jest niczym wkradający się, gęsto oplatający i zacieśniający wokół niej cierń. 
 Tam, gdzie jest miłość, nie ma zdrady, a gdzie zdrada jest i choćby nawet jej pragnienie - miłości nie ma, wobec czego daremne są wysiłki utrapionego i opętanego manią zazdrości umysłu kierujące się ku możliwemu oddaleniu sposobności do zdrady i wymówki z urojeń poczęte, bo przecież nie można chcieć przeciwdziałać, czemuś, co miałoby wypływać z pragnień partnera, gdyż zapobiec temu i tak nie zdoła się zazdrością, a jeśli do zdrady dojdzie, zazdrość staje się, tym bardziej bezcelowa, bo pozbawiona obiektu – nie można już być zazdrosnym o kogoś, kto zdradził, gdyż zaprzeczył on miłości, a więc temu, o czego utrzymanie walczyła zazdrość. W miłości oddala się zazdrość z przesłanek racjonalnych i uczuciowych, tych ostatnich przez wskazanie na moment wzruszenia obecny tylko w miłości szczytniejszej, Jedynej w skrytej tęsknocie dążeniu, dośmiertnej, wiecznej w wyobrażeniu. Nawołujący do naśladowania ideał miłości poprzez wzruszenie z jego wyobrażenia i z przykładów, które pewnie sami znamy, odległy jest od podejrzliwości i szpiegostwa, zazdrości i zdrady w stosunku do wybranka, czy wybranki, w tych relacjach, gdzie z kolei towarzyszą takie elementy, ze strony osób trzecich nie rzadko o wyrazy współczucia i politowania, czasami wręcz śmiechu powstającego w skutek zdziwienia absurdalnością zachowań osób zazdrosnych.  
Niech przytoczę historię mężczyzny mieszkającego w mojej miejscowości, właściwie tuż nieopodal. Żyjąc w przeświadczeniu, że żona go zdradza udał się ciemną nocą w długą drogę prowadzącą przez las w miejsce pracy swojej małżonki. Było to górskie schronisko, gdzie kobieta pracowała na nocnej zmianie. Pokonawszy błotniste leśne drogi dotarł do miejsca podsuwanej mu przez zazdrość i wzmacnianej wyobraźnią schadzki małżonki z kierownikiem schroniska. Znając lokację nocnego pokoiku małżonki, - który znajdował się dość wysoko, bo na wysokości dwóch pięter w budynku mieszczącym się obok schroniska, pełniącym rolę przekaźnikową – nie mając zbytnio sposobności zajrzenia do środka, podchwycił chybotliwą rynnę i zaczął z wolna po niej wychodzić w stronę światła mającego mu ukazać scenę zdrady. Będąc już bliski okienka, - które po części było rzeczywiste, a po części tworzyło obszar jego imaginacji, ten jedyny i na dodatek świecący pośród gęstwiny ciemności leśnej – trzymając się pordzewiałej i poluzowanej rynny wyrwał ją ze wszelkich umocowań i z ogromną prędkością w objęciach blaszanej rury, w której bliskości czuł być może ostatnią ostoję bezpieczeństwa, rąbnął z impetem o ziemię przerywając nocną ciszę hałasem alarmującym wszystkich wokoło. Jaki musiał byś wyraz twarzy małżonki, która chwilę później wyjrzała przez okienko i dostrzegła podnoszącą się po nieudanej próbie nakrycia jej na domniemanej zdradzie, pokiereszowaną i obolałą postać męża, próbującego pewnie czem prędzej uciec, lecz jakże w tej ucieczce spowolnionego przez wstrząs doznany uderzeniem. Zlecieli się wnet wszyscy obecni wraz z kierownikiem, ten zaś od razu został przez leżącego z powykrzywianą rynną przy obecności świadków osądzony o schadzki nocne z jego żoną, na co ten poruszony oczernieniem i mający pewnie również na względzie dobro kobiety - zwolnił ją z pełnionego stanowiska. 
 Zadając sobie pytanie: jaka musi być miłość między dwojgiem, by mogła budzić wzruszenie, nawiązuje mimochodem do pytania o najszlachetniejszą formę miłości spośród tych partnerskich, wiążących dwoje ludzi. Przedstawia się wyobraźni obraz miłości pozbawionej zazdrości i zdrady, ponadto trwałej i jedynej, aż do śmierci. To wszakże nie wystarcza bym mógł najtrafniej, jak to tylko możliwe uchwycić ten wzór, gdyż jak dotąd wyzbyłem się głównie tylko tego, czego nie chciałbym w nim dojrzeć. Czas więc pomyśleć nad jego wykończeniem powołując afirmacją obrazu tego postać. I, tak jak w przypadku osób życiem i zachowaniem swoim nas wzruszających, tak w miłości postaci najdoskonalszej nie znajdzie człowiek pary celowo ściągającej na siebie uwagę, przy każdej okazji sposobiącej się do szczycenia się uzyskaną latami współżycia miłością ani też takiej, co do końca wspólnych dni żyje w trudnych, skomplikowanych i nieprzejrzystych stosunkach i nie może w takiej parze być żaden nerwowy w słowie i gwałtowny w czynach. Jest natomiast dokładnie odwrotnie w stosunku do tego co napisałem. Para taka, to niepozorni i spokojni ludzie, dbający o siebie nawzajem, nieprzerwanie się darzący największym szacunkiem łączonym z troską i czułością, do końca dni okazujący sobie wyrazy sympatii, nigdy nie uciekający się do mówienia o sobie złych rzeczy i ogólnie stroniący od obmawiania kogokolwiek. Gdy więc zauważymy parę staruszków trzymających się za ręce i wyobrazimy sobie, że życie ich płynęło spokojnie w takiej właśnie formie wzajemnego uwielbienia, wzbudzi się w nas radosne zdziwienie i nagła, smutna tęsknota za ideałem, którego prawdę mówiąc, nie sposób dosięgnąć. Z połączenia tych dwóch stanów, wyłoni się stan trzeci, określany mianem wzruszenia, a wyrażając się precyzyjniej - wzruszenia nad miłością. Poza opisanym przykładem błogiego spokoju miłosnego pary zmierzającej do kresu, miłość może nas zaskoczyć przemawiając przez czyny odważne i szlachetne na każdym etapie życia, bo przecież, ile było historii opowiadających o oddaniu i poświęceniu jednego z kochających, w następstwie, gdy drugie uległo koszmarnemu wypadkowi tracąc czucie w całym ciele i choć czyniło próby przekonania partnera, by odszedł i nie marnował sobie życia, ten pozostał, tym bardziej umacniając się w swojej miłości wyrazami troski i opieki nie oczekując niczego w zamian a tylko obecności osoby, którą sobie umiłował. Nasuwa się wobec tego wniosek, że poza sugerowanym wzorem miłości ujmującym nas dzięki powiązaniu czasu z wiernością, szacunkiem, troską i czułością, scenariuszy miłości na przykładzie ostatniego, nagromadzić można - odnosząc się do prawdziwych historii i do tych fikcyjnych - pokaźną ilość. 
Inaczej jednak nasza wrażliwość odpowie na proponowany model miłości wieloletniej, spełnianej w umiarkowanie optymalnych warunkach, a inaczej wzruszenie zadziała wobec miłości przeciętej tragicznym zdarzeniem, czy przeciwnością losu lub takiej, gdzie jedno poświęca się całkowicie drugiemu będącemu w stanie uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie, gdy oddaje za niego życie bądź w najgorszym przypadku, gdy oboje popełniają samobójstwo przez niemożliwość bycia razem. Wzruszenie nad miłością typu pierwszego ma podstawę w rozpoznaniu wartości w przykładnym partnerstwie, wartości trudnej do osiągnięcia i zadziwiającej. Jest ono barwione podziwem i niewyraźną tęsknotą. Wzruszenie nad miłością typu drugiego swymi korzeniami sięga do współczucia i smutku z powodu unicestwienia miłości, która powinna trwać wolą dwojga kochających się ludzi, a nie może bądź z powodu jej trwania, lecz naznaczonego piętnem tragedii.

uczucia wiązane z przyrodą

Gdy opuścimy sferę oddziaływań międzyludzkich i udamy się w obszar przyrody, to przy współobecności pewnych warunków i odpowiednim nastrojeniu, będziemy w stanie doświadczyć osobliwego rodzaju wzruszenia. Uczucie to wzmaga się w człowieku naprzeciw dotąd nieznanej mu przestrzeni, która odsłania się przed nim niespodziewanie. Wpierw nadchodzi osłupienie i zamarcie w bezruchu widokiem odkrytym odczuwane w uwzniośleniu. Stan Wzniosłości budzi się na widok skali zjawiska przyrody objawionej w nowej perspektywie.

 Jeżeli znajdziesz się u wierzchołka szczytu skalistego, uczucie to wstąpi w ciebie za pośrednictwem otwartej wielokierunkowo przestrzeni i Ogromu roztaczających się wokół ciebie szczytów. Twoja świadomość stopi się z rozległym horyzontem w organiczną, tętniącą i temporalną Jedność, tożsamą z Wzniosłością, ta stopniowo ustąpi miejsca estetyczno-egzystencjalnej kontemplacji nad pięknem przyrody. Podążając drogą kontemplacji twoje uczucie Wzniosłości przejdzie do uczucia uniżenia i to, co jeszcze przed momentem było powodem narastającej w tobie mocy i co dawało ci siłę czyniąc cię Jednością z Ogromem, teraz jako przedmiot kontemplacji zostanie od ciebie oddzielone i stanie się względem ciebie opozycyjne przypominając ci o kruchości i skończoności twojego bycia i tym samym o swoim niezależnym pięknie sięgającym wieczności, z którym nigdy się nie złączysz, o aktywnej i działającej naturze, w której ruchu nie będziesz uczestniczyć. Wzniosłość łagodnie zaniknie w tobie pozostawiając cię w smutnym uniżeniu, gdyż już nie będzie tego, co mogłoby cię w tym poczuciu trzymać - jako Jedyny, zaprzeczysz Jedności. Kontemplując nad przyrodą ujrzysz jej nieporuszone trwanie, przysłaniające i odrzucające twój byt, który wzbudził się radośnie na widok jej oblicza czyniąc się jego częścią i rozczarujesz się tą iluzją uprzytomniwszy sobie, że ten sam Ogrom nie ocali cię od pokrywającej ciebie nicości. 
 Innym razem, gdy po długiej wędrówce wyjdziesz z cieni lasu na małą osłonecznioną polankę nieodwiedzaną przez człowieka, to odkrycie tego miejsca korespondujące z odrodzeniem światła słonecznego i ciepłem bijącym z ogrzanej trawy naprzeciw opuszczanego przez ciebie chłodu leśnego i gęstwiny, z której się wyzwolisz, przynieść ci może ulgę i błogi spokój znajdujący kontynuację w przelotnym wzruszeniu. W horyzontalnej wizji przyrody, tym co ujrzysz w otwartej Dali będzie Ogrom odpowiednio do swej wielkości wywołujący w tobie uczucie Wzniosłości, znowuż, gdy uwagę swoją skupisz na świecie przyrody ożywionej, w obiektach żywych różnych wielkości, to w wyniku przyglądania się ich naturze i zachowaniom znajdziesz - poza wieczną rywalizacją i brutalnością konieczną ze względu na proces adaptacji i selekcji, - cały asortyment czynności i działań neutralnych bądź pokojowych, niejednokrotnie będących powodem powstających w tobie przyjaznych uczuć. 
Gruba sikorka przeczekująca cierpliwie i nieruchowo ulewę pod zadaszeniem, zachowuje się normalnie i neutralnie, mimo to, obraz tej ptasiej prozy życia uspokoi cię i być może, przez krótką chwilę wprowadzi w dziwny hipnotyczny stan umacniany monotonią deszczu.  
Ostatnio ujawniony eksperyment na szympansach od urodzenia zamkniętych na trzydzieści lat w pomieszczeniu o sztucznym świetle, którym przez cały ten czas nie było dane ujrzeć światła dziennego, w końcu w pięknej pogodzie wypuszczonych na przygotowany plac, z jednej strony jest przykładem ludzkiej podłości, z drugiej unaocznia nam w sposób niepowtarzalny ekspresję szympansiego szczęścia i radości. Grupa tych biednych osobników wykonywała typowe dla siebie ćwiczenia gimnastyczne na drabinkach i linkach, gdy nagle ściana stojąca naprzeciw, zawsze ciemna i nieruchoma, w niektórych miejscach zaczęła się przesuwać odsłaniając im zjawisko świetlne, którego zmysłami swymi grupa ta nigdy nie doświadczyła. Gdy już żelazne drzwi i okna zatrzymały się, te smutne i zdziwione stworzenia, niektóre już siwiejące ze starości i zmęczenia otaczającym je przez trzydzieści lat materiałem, zaczęły nieśmiało wyglądać, jak gdyby spodziewając się, że jakaś nieznana siła szybko je stamtąd wytarmosi i pożre. Siwiejące i posępne oblicza szympansów, jedno po drugim zaczęły ukazywać się w drzwiach głównych prowadzących na osłoneczniony plac. Ostrożnie, krok po kroku, obok siebie przekroczyły próg budy, w której ludzka pomysłowość nakazała im pozostać przez trzydzieści lat - od 1983 roku. Gdy zorientowały się, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo, czując na ciele dotyk słońca i łagodnego powiewu, z wielkim uśmiechem zaczęły się wzajemnie obejmować, dając tym jednoznaczny wyraz swojej radości. Jeden z szympansów dążył do kolejnych objęć, lecz odkrycie to wywarło zbyt wielki szok i zdumienie u innych, by chcieli spędzać te pierwsze chwile na nowej ziemi w objęciach swoich towarzyszy, toteż ruszyli czem prędzej na przygotowane drewniane konstrukcje i w pozostałe miejsca otwartego terenu, omijając wyciągnięte ramiona uradowanego szympansa. 
 Jeżeli po obejrzeniu tego dokumentu będziesz się upierał i kręcił sofistycznie, że ta wyraźna szympansia radość i szczęście jest naszym antropomorfizmem nałożonym w wyniku błędnej interpretacji zwierzęcych zachowań na ich pozbawioną emocji naturę, a nie autentycznym jej wyrazem, uznam, że zagubiłeś naturalne poczucie rzeczywistości umożliwiające trafną ocenę pewnych jej zjawisk zastępując je oddalonymi od niej i mętnymi konstrukcjami odrywającymi cię od przyrody, w której znalazłeś swoją genezę i, z którą jesteś spleciony tysięcznymi uwarunkowaniami i podobieństwami na wielu jej szczeblach, konstrukcjami powołanymi w celu wyobrażeniowego przeniesienia twojej ludzkiej uduchowionej natury na bezpieczny tron czystej abstrakcji, gdzie Myślenie jest oddzielone od Życia, a nie traktowane, jako Życia tego przejaw. Zachowasz się podobnie do kogoś, kto wyrzeka się swojej rodziny przygnębiony obecnością jakiegoś szkaradztwa siedzącego w jej wnętrzu, którego symptomy czuje także na sobie i odrywając się od niej łudzi się nadzieją, że także odetnie się i od tego szkaradztwa. Tak właśnie czyni ten, kto dostrzegając w zwierzęcej naturze jakąś ułomność, odżegnuje się za wczasu od jakiegokolwiek z nią związku, tworząc argumentacyjne i abstrakcyjne fortyfikacje. Jest to niepokojący przejaw sceptycznej umysłowości szukającej sposobności, by pozbyć się wspólnych korzeni z innymi gatunkami, do tego celu generującej pojęcie antropomorfizmu, którego już samo przyjęcie obradza w tragiczne dla zwierząt konsekwencje, bowiem człowiek odcinając się raz na zawsze od wspólnego Pnia Życia i wyrastających z niego behawiomorfizmów -, tzn. zachowań, cech, dyspozycji w wielu gatunkach podobnych naszym – udziela cichego przyzwolenia najbardziej wymyślnym i okrutnym eksperymentom na zwierzętach. Może powiedzieć wtedy:  

Nic się przecież złego nie dzieje, kiedy cierpi stworzenie do nas niepodobne. Na dobrą sprawę nawet nie wiemy czy odczuwa ono ból, a jeśli tak, to na pewno inny od Naszego. Tym bardziej nie powinniśmy dopuszczać myśli, że doznaje ono krzywd psychicznych, bo to już byłoby antropomorfizmem.

 Największym przeciwnikiem twoich sceptycznych zapatrywań będą Twoje własne uczucia wobec obrazu szympansiego wyzwolenia. Ufundujesz je na mimowolnym, intuicyjnym i co najważniejsze, trafnym rozpoznaniu przejawów i ekspresji zachowań zwierzęcych, w których zidentyfikujesz własną naturę i naturę całego ludzkiego gatunku. Odczucie i świadomość, że istoty ludzkie zachowałyby się podobnie w takiej sytuacji i, że prawdopodobnie sam skoczyłbyś w objęcia towarzysza trwającej trzydzieści lat niedoli, powiązane z empatią w stosunku do tych niczemu winnych stworzeń, podniosą twoje uczucia do poziomu wzruszenia. Twoje uczucie żywione do tego przejawu przyrody, będzie miejscem, w którym twoja natura, zakomunikuje ci, żeś związany z tym światem istot niższych. Nawiasem mówiąc, by przekonać się o tym, że zwierzęta potrafią się cieszyć i okazywać sobie radość, a my za sprawą empatii zdolni jesteśmy z nimi w radości tej się jednoczyć i tym jednoczeniem wzruszać, nie trzeba było więzić szympansów przez trzydzieści lat, wystarczyłoby wziąć dowolnego psa ze schroniska i przyglądać się uważnie jego zachowaniom, od psiej postaci przygnębienia i strachu przechodzących w psią postać entuzjazmu i cieszenia się życiem, od nieufności i lęku w stosunku do człowieka w dozgonną wdzięczność za personalnie okazaną serdeczność i troskę. Powiedziałbym nawet, że pies taki ma poczucie bycia wybrankiem, co nie pozostaje bez znaczenia dla jego poziomu szczęścia i umocnienia piesko-ludzkiej więzi. 

uczucia wiązane ze sztuką

Kieruję swą uwagę na sztukę, nie bez powodu, bowiem to właśnie ona wzrusza najczęściej. Do samej jej natury i istoty nie będę prowadził dociekań ani też żadnych jej koncepcji nie będę sobie przeciwstawiał, żadnej z nich z osobna analizował, właściwie nic o niej nie wiem po tym wszystkim, co próbowałem się o niej dowiedzieć i w ostateczności mogę powołać się tylko na swoje przeżycie, uczucia i stany za jej pośrednictwem budzone, a w szczególności na to najintensywniejsze, ale jakże rzadkie, uczucie wzruszenia. Powracając znowu pamięcią do niego, powoli zrekonstruuję proces jego pojawienia się, fenomeny, treści, warunki i oddziaływania wytworów i kreacji, być może dostrzegę dotąd niewidzialne nici łączące mnie samego z tym obszarem ludzkiej wytwórczości. Nie sposób dosięgnąć istoty zagadnienie nie próbując domniemywać przy tym o czynnościach i mechanizmach umysłu i uczuć mających charakter ogólnoludzki, toteż poza własną pamięcią mam świat Innych, obecny mi właściwie za sprawą wczucia się. Ten dostępny nam wszystkim sposób dookreślania i wypełniania miejsc nieokreślonych, podobnie do wzruszenia, z subiektywnej płaszczyzny immanencji przenosi nas w przestrzeń intersubiektywną, w której ujawniają się wspólne właściwości i cechy Człowieka. Nie rozwodzono się wcześniej nad wzruszeniem, choćby z obawy przed posądzeniem o tkliwość i zniewieściałość, stąd też nie ma śladów w słowie pisanym na temat tej czynności psychicznej i dlatego introspekcja i wczucie się w naturę ludzką pozostają jedynymi a być może i najwłaściwszymi sposobami badania tego zjawiska. 

 Myśląc o wzruszeniu nad sztuką i przywołując w pamięci momenty wzruszenia zauważam, że jest ono zintensyfikowanym przeżyciem estetycznym przemieniającym się w momencie wzruszenia w przeżycie egzystencjalne. Staje się tak z uwagi na przedmiot wzruszenia będący nośnikiem treści na tyle doniosłych dla twojej własnej egzystencji, że aż powodujących w tobie wzruszenie. Obcując z wytworem artysty dociera do ciebie świadomość niezależnego od ciebie Piękna i, choć uprzytamniasz sobie prawdę, iż rola twa jako odbiorcy nie jest pasywna, ale że uczestniczysz aktywnie w rozpoznaniu dzieła i w nadawaniu mu znaczenia, to mimo to, masz wrażenie oddalenie od niego i umniejszysz siebie jednocześnie powiększając rozmiary dzieła – ta narastająca dysproporcja prowadzi cię do przeżycia estetycznego z powodu świadomości Piękna narodzonego poza tobą i do wzruszenia, wokół którego może krążyć myśl: 

jak coś tak pięknego mogło powstać? Ja znowu, wobec tego jestem czymś tak nikłym, że jedynym co mi pozostaje, to doświadczać własnej małości i kruchości naprzeciw wytworu ponadczasowego i wzruszać się tą dziwną zależnością. To naprawdę powstało, choć nie miałem w tym żadnego udziału a teraz to przeżywam. Wzruszam się i poczuciem bliskości z bratnią duszą, która jak gdyby tworzyła to dla mnie, tak chcę aby było. To nasza ponadczasowa łączność jest powodem wzruszenia. Ponadczasowa Jedność.  

Innym razem dzieło przypomni ci o czymś koniecznym i nieodwołalnym – przemijaniu, rozpadzie i śmierci i w wytworzonych barwach, obrazach lub słowach dostrzeżesz jak za mgłą swój własny byt i wszystko, co ci bliskie i urośnie w tobie bunt bezsilności, że niczego nie zdołasz ocalić i znikniesz ze wszystkim w niepamięci. Zapatrzysz się w Dal obrazu i w kontemplowanej głębi znajdziesz odległy i smutny kres. Mimo tego nie będziesz rozpaczał nad własną skończonością, lecz wzruszysz się z jej powodu, bowiem twoja skończoność pozostanie uwznioślona w przeżyciu estetycznym. Zagłębisz się w paradoksalnej refleksji nad własną przemijalnością i ponadczasowością Dzieł, przed tobą i po tobie w sposób zbliżony działających na odbiorcę. Na chwilę znajdziesz się poza sobą, we własnej kontynuacji, w kimś, kto odczuje to podobnie lub tak samo, jak ty i odetchniesz od świadomości własnej skończoności przyjmując nadchodzące poza twoją subiektywnością, niemalże tożsame z nią przeżycia – jeszcze nieobecnego, a już bliskiego ci Człowieka. Staniesz między czekającą cię śmiercią, a niezależną od ciebie odradzającą się aktywnością stanów i uczuć, co do których byłeś przekonany, że są wyłącznie twoje. Powiesz:  

nie wszystko wraz ze mną się rozpłynie, budzić się będzie pomimo mojej nieobecności - w Innym

 To wzruszenie prospektywizujące zrodzone z istoty przemijania zawartej w sztuce. Unicestwisz siebie i najcenniejszy ci świat, ale zaraz po tym uprzytomnisz sobie, że nie będziesz końcem dla rzeczy i zjawisk, stanów i wartości wrośniętych w twoją indywidualną naturę bądź pozostających w integralnych i zażyłych z nią zależnościach i wykroczysz poza swój koniec, w ich ciągłość, jak gdyby zachowując najcenniejszy ten świat poza granicami postępującej nicości.  
Osobliwy rodzaj wzruszenia pochodzi z istoty przeminięcia. Sztuka przejawia się wyrazami przeminięcia i opowiada o nim. Wczucie się w przeminięcie, przeżycie go i identyfikowanie się w nim budzi nastroje sentymentu i nostalgii – wzruszenia retrospektywizujące. Zagłębiając się w dziele zaczniesz wspominać stworzony w nim świat. Ożyje on w tobie ale także ożyje świadomość jego utracenia. Jakże dziwne jest to, że obdarzasz świat nigdy ci niedostępny wspomnieniem i smucisz się z powodu jego przeminięcia. Tak jak wcześniej umieszczając swoją naturę poza sobą, w nieobecnej przyszłości, wzruszałeś się prospekcjami, tak teraz, sprowadzasz swój byt do nigdy niezyskanej a już straconej przeszłości i wzruszasz się retrospekcjami. I tak za sprawą Dzieła rozciągasz swoją egzystencję w przyszłość, wiedząc, że jej tam nie będzie i w skończoną przeszłość, która nigdy nie była twoją przeszłością tylko przeszłością i marzeniem Innego, jego narracją poczętą w tęsknocie za czymś utraconym lub nieosiągalnym.  

literatura

Czytając dzieło literackie nieświadomie liczysz na to, by z unikatowego złożenia komponentów takich jak: miejsce, czas, akcja i osoba wyłaniał się spisany scenariusz twojego życia. Bezpośrednie odczucie pokrewieństwa z tym światem i z tą osobą odszyfruje na nowo twoją egzystencję, rozjaśni ją miejscami, czyniąc bardziej czytelną, gdyż każda korelacja i doświadczana zgodność wskaże na ciebie samego, odwrotnie do tych wszystkich historii niezdradzających z tobą żadnego związku, które pozostaną ci obce i nic nieznaczące. Gdy powiążesz mocą wewnętrznej konieczności swoją naturę z naturą postaci wykreowanej, to jej czas, miejsca i działania potraktujesz jako jej współistotne i współistotne tobie, a następnie tą całość umieścisz w horyzoncie przeminięcia i spojrzysz na nią z niedowierzaniem, jak gdyby wydarzyła się ona tobie. Powiązaniem tym zatrzesz chwilowo różnicę między swoim ja a ja postaci i ulotnie wczujesz się w jej świat, co doprowadzi cię do tymczasowego zespolenia z nim i w następstwie, do oderwania od niego, czemu towarzyszyć będzie uczucie nostalgii. 
Inne dzieło literackie już tylko będzie trwać naprzeciw ciebie niedostępne w swojej samoistności i przez dzielące cię od niego granice, które w rzeczywistości są granicami między jego twórcą a tobą, nie dostąpisz żadnego z nim zjednoczenia, mimo to twój stosunek do niego będzie fragmentarycznie barwiony nostalgią, czego przyczyną pośrednią będzie niewyraźne współczucie do jego twórcy, który stworzył je z tęsknoty za czymś utraconym bądź w pragnieniu do czegoś nieosiągalnego. I choć z nikim i z niczym nie będziesz siebie identyfikować i wręcz poczujesz dystans do wszystkich postaci i obojętność do całej scenerii, to z czasem twój stosunek do nich złagodnieje i pozwolisz im trwać i wyrażać się w tekście, później obdarzysz je sympatią podobną do tej, którą obdarzasz członków swej rodziny i ogarnie cię nastrój przeminięcia na myśl, że ten świat, do którego się przyzwyczajasz powoli się wyczerpuje i postacie, którym uważnie życiu się przyglądasz wraz z ostatnimi stronicami stracą swoje istnienie.  

obraz filmowy

Kierując swoją uwagę na obraz filmowy widzę w nim wiele momentów tworzących wzruszenia. Nawet najtwardszy drągal za sprawą obrazu filmowego może się wzruszyć pomimo , że całą swoją mocą będzie się przed tym zapierał udając niewzruszenie, obojętność i jaka niemoc go dopadnie, gdy pomimo tych wysiłków maskujących uczucia wypłynie z niego łza wzruszenia i przeklnie siebie w duchu za swoją słabość i chwilowo zwątpi w swoją twardą, męską naturę! W minionych dekadach okresu wojennego mężczyźni skądinąd wykazujący się niezwykłą odpornością psychiczną na froncie, bardzo szybko ulegali wzruszeniu podczas seansu filmowego. Pierwszym obrazem skłaniającym ku temu był ukazany heroizm braterskiej walki i upadku, drugim klisze życia rodzinnego lub miłości powodujące tęsknotę za czymś, co prawdopodobnie nie nadejdzie. Dowodzi to temu, że uczucie to jest dość powszechne w naturze ludzkiej i nie wiąże się, w przypadku płci męskiej, z rozchwianą naturą a tylko z właściwym rozpoznaniem wartości, mówiąc dokładniej - ze świadomością ich tracenia. Obrazy filmowe unaoczniają na różnych przykładach tą niezmienną prawdę dotyczącą naszego życia, że wszystko, co ma dla nas wartość, rodzi się, rozwija i wyczerpuje, zmierzając do upadku. 
Najpierw mimowolnie wczuwasz się w konkretną postać bądź scenę, przez co doznajesz różnych stanów, z których wywodzi się wzruszenie, twoje uczucia kierują się wtedy na przedmiot będąc przez niego pobudzane. Następnie naświetlona klisza powraca do ciebie i łączysz przedmiot twoich uczuć z własną przeżywającą podmiotowością. Obraz filmowy nachodzi na ciebie i to, co tylko znaczyłeś swoimi uczuciami staje się dla ciebie znaczące. Swoje stany i uczucia z przedmiotu obrazu filmowego przenosisz na siebie orientując się, że to, co zostało ukazane w nim, a co było tych stanów i uczuć pierwszą przyczyną znajduje przełożenie na kategorie i aspekty twojego bycia. Przez co drugą przyczyną wzruszenia stajesz się ty sam, uczestnik tego dramatycznego spektaklu i to, co darzysz sympatią i troską. Z tego poziomu schodzisz w krąg uniwersalnej konieczności odczuwając prawdziwy Weltschmerz; jeśli wzruszyłeś się wieczną rozłąką dwojga zakochanych nasączysz nią cały znany ci świat i ujmiesz go w powszechnie obowiązującej konieczność rozpadu, któremu podlega wszystko, co dla nas najświętsze; jeżeli wzruszenie twoje powstało przeciwko postaci cierpienia, nie skupisz się na nim jako na odizolowanym przypadku, ale w swojej bezsilności przyjmiesz prawdę, że będzie ono zawsze nierozłącznie towarzyszyło wszelkiemu istnieniu. 
Ku swojej uciesze w obrazie filmowym poza momentami wzruszającymi w stronę rozpaczy odnajdziesz momenty do uniesień radosnych, wzruszeń błogich, skupiających całe piękno, dobro i nadzieję w jednym uczuciu, dzięki czemu przez chwilę będziesz żywym zaprzeczeniem wiecznego prawa rozpadu. Uczucie to zainauguruje scena obrazująca motyw zjednoczenia. Jako, że uradowałeś się zjednoczeniem ukazanym w powrocie do siebie, w odnalezieniu siebie, w wybaczeniu sobie, w porzuceniu zemsty, to w następstwie tej radości zreflektowałeś się nad obecnością siły stawiającej opór prawu unicestwiania, przeniosłeś znowu z konkretu uczucia na całość i pokrzepiłeś się myślą, że tyle w świecie piękna i dobra płynącego ze zjednoczenia, Jedności, tam przecież, gdzie ono następuje, czas wydaje się stawać w miejscu, zaś życie sprowadzać do tej jednej chwili, jak gdyby, to ona stanowiła jego sens. 

muzyka

Zmieniając przedmiot dociekań na muzykę nie będę jak sądzę odosobniony przypisując jej szczególne miejsce w obszarze omawianych uczuć. Pociąga ona je raz to we wzruszenia retrospektywizujące a innym razem w sferę przeżyć prospektywizujących. Jest ona medium tego, co się wydarzyło, a co wypełniasz treścią swoich wyobrażeń starając się przeniknąć w epokę, czy też dekadę jej powstania, stąd używając przyrodzonej ci własności jaką jest wczuwanie się, odrywasz swoje życie od doczesnych i materialnych ram, we wschodzącej aurze ukazuje się przywołany, miniony świat a w nim ty, jako nieobecny. Twoja faktyczna nieobecność w nim i iluzja obecności tworzona wczuciem, staje się źródłem wzruszeń retrospektywizujących, nie ma bowiem tego świata i ciebie nigdy w nim nie było ale teraz, aktualnie jest, tylko w tobie, a ty jesteś w nim, jako nieobecny. Stoisz i się mu przypatrujesz, znowu jesteś w oddali a pragniesz w nim uczestniczyć. Twoja materialność przykuwa cię do doczesności, ale wezbrana fala uczuć i obrazów unosi cię w przeminięcie, odrywasz się od brzegu doczesności i wiesz, że nigdy nie dosięgniesz tego utraconego świata, gdyż jest on przeminięciem, niedokonanym czasem twojego życia a jednocześnie czasem dokonanym i minionym, przeżywanym i skończonym jemu współczesnych. Ten czas został Ci odebrany i czujesz się w nim niespełnionym, będąc już na zawsze w nim nieobecnym doznajesz tęsknoty za nim i żalu, w zubożeniu swoim i wybrakowaniu, w tym wszystkim, czym cię nie było. 

 Jako, że twoje życie jest brakiem twojej niedokonanej przeszłości jest i będzie też brakiem niedokonania twojej przyszłości. Pewien rodzaj muzyki uprzytomni Ci jak wielki dzieli Cię dystans od własnych pragnień do ich spełnienia, przez co przyszłość w takiej postaci o jakiej marzysz, pozostanie tylko w tym marzeniu, nigdy zaś w jego wypełnieniu. Przeżyciem estetycznym dotykasz najczulszych punktów swojej natury i również przez to też, tak udaje Ci się postrzegać naturę Innych. W błogim stanie tego przeżycia utrzymywanego muzyką oczyszczasz ze wszystkich niedoskonałości siebie, ale też każdy kogo utworzysz i o kim pomyślisz promienieje nieskazitelnie współistniejąc na granicy melodii i wspomnienia. Ponieważ twoje pragnienia i pamięć są tworzywem, któremu muzyka nadaje formę. Odrywasz się od tego, co jest rzeczywiste i za jej sprawą nadajesz światu i osobom najszlachetniejszych cech i własności projektując to następnie w swoją przyszłość, żywiąc przy tym jakby nadzieję, że temu idealizowanemu przedmiotowi twoich przeżyć odpowiada niezależny od ciebie, samoistny byt, w którego obszar podążasz. Tymczasem jest to byt rzeczywiście samoistny, lecz nieposiadający żadnego związku z przedmiotem twoich przeżyć. Wszystko bowiem czym on się stał, zostało mu przez Ciebie nadane wszystkim tym, czego pragniesz. Dryfujesz zupełnie sam w swoich mirażach, w tym oceanie własnych halucynacji nie dopływasz do brzegu, w którym złączyłyby się te dwa horyzonty. Wybudzasz się z przeżycia.