piątek, 4 października 2019

wam


Nie pamiętam bym kiedykolwiek sądził, że moje życie jest coś warte, że sam jestem coś wart. Nie utrzymuje je ze względu na jego wartość, ale tylko i jedynie za jego zdolność do przeżywania rzeczy pięknych. Zachowuje je tyle ze względu na tą jednowymiarową właściwość. Zachowuje je też z innego względu, bowiem nie potrafię go skończyć choćbym chciał, co czyni je z roku na rok, coraz bardziej bezwartościowym, i rzec by można - przeklętym.

Jakże bardzo żałuje, że nie mogę użyczyć komuś od dawna już nieżyjącemu swego życia. Chciałbym pozostałe mi lata oddać i podpisałbym cyrograf z samym diabłem aby było to możliwe. Chcę rozdzielić między zmarłych własny czas życia i przywrócić ich, aby na jakiś czas na nowo się cieszyli tym wszystkim, co musieli na zawsze opuścić.


środa, 28 sierpnia 2019

28.08.2019


Czy to, dokąd siebie doprowadziliśmy, jest konsekwencją naszej własnej natury? Jeśli tak, to pozostaje rozpacz, jeśli nie, to także pozostaje rozpacz. Brakowało odwagi czynienia tego, czego się chce, pozostaje oczekiwanie na odwagę by nadal czynić to, czego się nie chce, a więc by po raz kolejny pójść do absolutnie nic nieznaczącej pracy. Przypływ odwagi przychodzi na to rzadko, naturalnie tylko dlatego, że jest to konieczność, którą chciałoby się uniknąć. Bez względu na to, czy mogłem i nie zrobiłem nic, by być kimś innym, czy też, że nie mogłem, z przyczyn własnych ograniczeń, stoję tu oto właśnie i nie potrafię inaczej. Ale jest to już stanie zatraconej jednostki, która obrawszy złą drogę, zaszła na środek pustyni i stoi pośrodku niczego, i już za daleko od wszystkiego.  



środa, 9 stycznia 2019

Instynkt ważności



Trudno nie odnieść nieodpartego wrażenia, jak silnie zaznacza się pośród ludzi instynkt ważności. Nie przypominam sobie abym w jakimkolwiek środowisku pracy wśród osób „wyżej w hierarchii” poznał taką, która choćby z odrobiną dystansu podchodzi do zajmowanego stanowiska. Przeciwnie zaś, każda przewaga, zawsze jest niemiłosiernie i przy każdej sposobności zaznaczana i wykorzystywana. Nie twierdzę, że instynkt ważności miałby być czymś, co należałoby tłumić ilekroć daje o sobie znać. W mniejszym bądź większym stopniu, żyje on w każdym z nas i może stanowić siłę napędową do osiągania wyznaczonych celów. Dwa pytania można sobie postawić:

Czy jest to siła dominująca, wiodąca ludzi do pozycji społecznej? 

Co się dzieje z człowiekiem pozbawionym tego instynktu? 


wtorek, 8 stycznia 2019

"Kadr"


Od 2006-2007 roku minęły całe tysiąclecia, eony. Żaden umysł nie ma mocy aby uporządkować ogromu. Nawet szara codzienność, w którą wpadamy, zdaje się niedostępna dokładnej rewizji. Niemniej trzeba robić kadry z płynącej taśmy życia. Kadr to wiązka informacji, mówiąc słowami Lutra: „tu stoję, nie mogę inaczej”. Mieścić się musi w niej zgoda na własną ograniczoność, akceptacja tego „co pomyślane” i „jak pomyślane”. To także aktualność życia ujawniająca się „w chwili”. Czy prawdą jest, że jak pisał Ernst Bloch „w chwili” zawsze odnosimy się do czegoś innego, niż życie w swej aktualności, które jest „chwilą” i przez to, nie poznajemy strumienia prawdziwego życia zawartego „w chwili”?



piątek, 4 stycznia 2019

medytacja nad skończonością


Czas działa zawrotnie przesuwając nas jakby od centrum, w stronę ostatniej granicy. Z kolei od centrum wyrasta nowy człowiek, rodzą się kolejne miliony. Całą ludzkość można sobie zwizualizować, jako napierającą, gęstą masę jednostek od centrum (jakim są narodziny) do granicy - za którą czeka ostateczna nicość bezterminowo. Granica, to koniec materialnego podłoża. Tam, rozpoczyna się wieczny Absolut nicości. Nie może mnie opuszczać wrażenie, że tak właśnie jest. Czuje się znoszony w stronę granicy, z każdym rokiem. Właściwie, nie mówię tutaj o niczym własnym, tylko zdradzam, co rzeczywiście dzieje się na poziomie czasowości w każdym z nas. To poczucie "oddalania od" i "przybliżania do" nie może nas odstąpić już do końca. Czy jest się czymś niepokoić? Na pocieszenie tej niepokojącej konstatacji, ilekroć myślę o zupełnym unicestwieniu, jakie czeka mnie i znany mi świat osób, próbuję sięgnąć do czegoś, czego do końca wyrazić się nie da. Mianowicie do "powtarzalności nas samych w innych". Należy przekroczyć własną indywidualność i zaufać kolejnym, dzięki którym "NIC się nie traci". Nie są one nami ale utrzymują to, co nam właściwe. Zasadniczo, rzecz ta "dzieje się także i Teraz" w wielu nieznanych mi/tobie jednostkowych światach równoległych. Stąd też, gdy odejdziemy, świat NIC nie straci. Poniekąd dochodzi tutaj do paradoksu. W jaki sposób świat nic nie straci, skoro odchodzi od niego unikatowa jednostka? A czy zamieć coś traci, gdy na ziemię spada unikatowy płatek śniegu? Niepowtarzalność nie implikuje nieodwoływalnej konieczności. Skala "podobieństwa" między ludźmi zamazuje drobne odchylenia, jakimi jesteśmy my sami. Ale to, co chcę wyrazić, tkwi gdzieś indziej, w jakimś niewytłumaczalnym poczuciu powtarzalności tych właśnie "drobnych odchyleń naszych indywidualności" w Innych, żyjących gdzieś równolegle i będących także, po naszej śmierci, nie wspominając już o ich obecności, na długo przed nami. Nie mam na myśli wartościowania samego siebie, jako czegoś ważnego dla świata, co powinno ukazywać się na jego powierzchni, ale niezależną ode mnie zasadę, że przez śmierć jednostki "świat nic nie traci", że przez śmierć nas samych - żyjemy dalej w Innych. W obecnej skali życia "jednostkowych światów równoległych" trudno nam to pojąć, że jesteśmy także poza samymi sobą, w Innych, jako postrzegające i przeżywające świat, zbliżone do siebie perspektywy. Nasz sposób pojmowania nas samych, jako unikatowe indywidua stoi na przeszkodzie, co w głównej mierze przyczynia się do lęku przed "śmiercią". Należy to przezwyciężyć w trudnym kroku poznawczym.


czwartek, 3 stycznia 2019

Wina


Jaspers winę umieścił w sytuacjach granicznych, a więc w obszarach gdzie intensyfikuje się poczucie naszej skończoności.  Są nimi: cierpienie (Leiden), walka (Kampf), śmierć (Tod), doświadczenie przypadkowości (Zufalligkeit) oraz właśnie doświadczenie winy (Schuld). Promieniujące pęknięcia egzystencji strukturalnie rozszczepionej podmiotowo-przedmiotowo. Nasza skończoność to Wina, ograniczoność i nieprzekraczalność. Czy można powiedzieć także, że daremność?


ciężar i lekkość


Własne życie, to nigdy niezrealizowany projekt. Należy zrozumieć tę głęboką prawdę. Projekt, który w całości nie jest zrealizowany. Nie częściowo, ale w całości, od początku, do samego końca. Życie, od początku do końca, było i będzie upadkiem. Nie podobna żyć bez winy. Winy się nie odczuwa, winą się jest, jest-się-na-sposób-Winy. Absolutne niezrealizowanie jest twoją winą. Jest-się-na-sposób-niezrealizowany. Nie na wiele zdają się plany.


poniedziałek, 10 grudnia 2018

Ten kto żył raz - będzie już na wieki


Nie ma punktu wyróżnionego w naszym czasie-życia. Żaden punkt czasowy nie jest uprzywilejowany, choć w obecnej aktualizacji - tak nam się wydaje. Każdy czas-życia jest identyczny pod względem prawdziwości, choć tylko "teraz" do tego miana zawsze pretenduje. "Teraz" stwarza iluzję i pozór jedynej, prawomocnej obecności. A przecież już niebawem jego aktualność, zostanie zepchnięta przez inną, zrównując ją z pozostawionym za nami czasem-naszego-życia. Nie jest ono wyróżnione, nie jest trwałe - jest takie samo, jak cała przeszłość. Nic nie przebrzmiało, wszystko jest wiecznie aktualne, jak obecna chwila. 
 Wiecznie aktualna jest też przyszłość, która jeszcze się nie wydarzyła.
Tak czas-życia naszego, jak i każda sekunda żywotu człowieka, który od 1000 lat nie żyje i nikt już nie wie, że kiedykolwiek żył - są wiecznie aktualne.

Kiedy widzę na przeciwnym szpitalnym łóżku, starego człowieka z początkami alzheimera, zachowującego się niesfornie i mówiącego niedorzecznie, staram się w nim dostrzec potencjał naszej przyszłości. Czy widząc starca, widzisz zarazem całe jego życie? Czy też tylko jego zastygłą, niby od zawsze marność starości? Czy widzisz jego dzieciństwo, wiek dorastania, młodość? Powoli narastające zmiany w jego fizjonomii? Czy widzisz choćby jedną scenę, z jego niegdysiejszego czasu-życia? Myśli i niepokój, gdy przed lustrem poprawiał krawat i zaczesywał włosy aby wypaść jak najlepiej na swojej pierwszej randce? Czy widzisz schody, po których schodził, klamkę w drzwiach kamienicy, którą nacisnął, chodnik, budynki zabarwione czerwienią słońca późnego letniego popołudnia? Czy czujesz jego przyspieszony oddech, gdy zbliżał się do umówionego miejsca? Czy widzisz kawiarnię, do której wszedł. Czy czujesz smak kawy, którą zamówił? Dłużące się minuty oczekiwania? Czy czujesz jak ciśnienie mu się podnosi, jak lekko drżą ręce? Ma się absolutnie dobrze, absolutnie zdrowo. Jest podekscytowany, w "centrum życia", w centrum czasowym własnego życia, w jednym, z nielicznych tych momentów przełomowych, znaczących. Jest piękny, pachnący i świadomy. "Świadomy", bowiem świadomość z wiekiem mija, chociaż wydaje się być niezniszczalną i póki żyjemy nieśmiertelną, poprzez swą intensywność - mieni się, jako nieusuwalna i konieczna, trwała - niczym fundament świata.

Jest środek nocy. Patrzę właśnie na niego; od dwudziestu minut stoi opierając się o łóżko, chcąc wypuścić z siebie mocz do kaczki. Wydaje się, że poleciało niewiele. Kładzie się, zasypia. Po godzinie spragniony łapie za kaczkę. Wypija własną urynę, krzywi się, odkłada kaczkę i znowu zasypia. Zerwał założony mu wcześniej cewnik. Nagle domaga się cukierków, płacze mówiąc, że bardzo źle się czuje i potrzebuje cukierków na swoją cukrzycę. Sprawdzono poziom cukru we krwi. Jest poprawny. Pielęgniarka odmówiła mu cukierka. Płacze i trzęsie się. Mija kolejna godzina. Jest trzecia w nocy. Wstaje, gdzieś się wybiera. Swoją "stopę cukrzycową" ma w bandażu. Znikł. Po dłuższej chwili słyszę kłótnię, jaką prowadzi ze staruszką leżącą w sali nieopodal, która także ma alzheimera lub jego początki i jest w bardzo ciężkim stanie. Każe jej się wynosić, utrzymując, "że to jego łóżko i co ona tu robi?". Włączył zatem alarm aby sprawę tę wyjaśnić. Zbulwersowany został odprowadzony do swojego łóżka, przy zabawnych komentarzach sióstr: "gdzie to pan się udał na nocną eskapadę? Kobiety się zachciało. co?".
Rano tonem konfidencjonalnym zdradza mi świętą tajemnicę: 

"Wszystkie siostry dorabiają sobie po nockach w agencji towarzyskiej. Jest ona obok dworca. Później tam pójdzie ze Zbyszkiem. Zbyszek zaraz powinien go stąd wziąć. Kiedy tam pójdzie, to je rozpozna i narobi szumu, za to jak go tutaj traktują. On ma na nie haka teraz."

 Umknęło mu i nam jego życie. Nie ma świadków zdarzeń i przeżyć. Ani on, ani nikt inny nie wie o tej pierwszej randce, ani też o tym, jak miała owa dziewczyna na imię, jaką sukienkę nosiła na sobie, jak była uczesana i czym wyperfumowana. Nie ma też śladu na to, jak potoczyła się dalej ich relacja. Niemniej aktualność tego zdarzenia, pomimo braku świadków i pamięci o nim, jest wieczna i nieusuwalna z czasu.


środa, 5 grudnia 2018

05.12.2018



Niedługo po tym, jak nagle i niespodziewanie utraciłem pracę, równie błyskawicznie utraciłem zdrowie, czego efektem była operacja, powikłania i miesiąc spędzony w szpitalu. Rozwarta rana, zbliżona szwami, goi się. Dzień po dniu o 8.30 rano zmieniam opatrunek, ze zdziwieniem wpatrując się w ciemną, czerwoną rozpadlinę. Widok ten wykracza poza przyzwyczajenie, w jakim od zawsze ujmowałem własne ciało, ciało spójne i jednolite - ciało zrośnięte. 

Beznadziejność trzydziestu dni okazała się niemniej w wymiarze umysłowym błogosławieństwem. Nadałem rozpęd czytaniu, które wcześniej z braku czasu i osłabionej chęci, zanikało w moim życiu. A czytanie, to pierwszy stopień do poruszenia woli i rozbudzenia umysłu w kierunku pisania, co jest poziomem wyższym i jeszcze bardziej uzdrawiającym. Żyję aktualnie na pograniczu kilku dominujących nastrojów, z których czasami jeden bierze górę nad drugim, czy też jeden z drugiem się przenika: 

1. Posługując się terminem Ludwika Binswangera: w faktyczności miłującego bycia MY (Wirheit) tj. z K., lub inaczej: w miłującym byciu ze sobą nawzajem (liebendes Miteinandersein).

2. W Heideggerowskim nastroju "troski" o przyszłość. 

3. Posługując się terminem Ottona Friedricha Bollnowa: w "otwierającej sile" nastroju uwznioślającego, przeciwstawiającego się czystej negatywności "troski" i skłaniającego do refleksji i pisania.

 Tymczasowo zanikł nastrój  "upadku w pospolitość", w przeciętność, w nieautentyczność, w "zabieganie" o byt materialny, który to wyjaławia umysł i osobowość i poważnie zaciera poczucie tożsamości. Temat "pracy" jako siły rujnującej trzeba będzie kiedyś podjąć i pogłębić.

Rekonwalescencja przebiega na poziomie ciała i "ducha". Małymi ruchami staram się wygrzebać z gruzów i popiołów, jakimi przez ostatnie lata przywaliła mnie praca, beznadziejnie dusząc to, co w moim mniemaniu we mnie najlepsze. Zarazem wiem, że wyjście to będzie krótkie, nim ponownie praca przysypie mnie gruzem i popiołem, toteż oddycham pisząc.

Życie obecne i przyszłe będzie musiało polegać na aktywnej walce prowadzonej przeciwko siłom, to życie osłabiającym. Niepanowanie nad nimi doprowadzi do powolnego zaniku władz umysłowych, do ociężałości, powolności, obojętności, posępności, czyli generalnie do "śmierci", podczas gdy życie będzie trwać. 


Wstępnie wyróżnić mogę dla siebie trzy główne źródła radości i siły życia: 

1. Obcowanie z osobą, którą się kocha. 

2. Obcowanie z przyjaciółmi, których się kocha. 

3. Obcowanie z kulturą, oddziałującą "uwznioślająco" a ściślej mówiąc: czytanie i pisanie. 



 Naprzeciw nich sytuują się bagna, stanowiące siły destrukcyjne:

1. PRACA zarobkowa. 

2. Nuda/Pustka/Rezygnacja. 

3. Zaniedbanie względem siebie i innych. 



wtorek, 23 października 2018

niepamięć



Przy zamkniętych oczach, w przepaścistych oddechach
Pod powiekach przestrzenią, sięgnąć granic czasu swego

Co dziś jeszcze odległe, uznać za przeminione
Co wydarzyć się może, jako dawno utracone

Z Niepamięci pochodzi, co do niej powraca
Rozwija przyszłość i ją unicestwia
Niepamięć wszechpotężna
Pewna, ostateczna

Bez smutku i gniewu
Przebyte wspominać
W Niepamięci, czasy rodzone
Skończyło się, czego jeszcze nie widać






piątek, 27 kwietnia 2018

Wielu ludzi biegło w kierunku przystanku. Ciała ich niewprawione w biegu, były nieskoordynowane, członki dolne dawały przesadne odległości, kroki zdecydowanie dłuższe, niż można w biegu stawiać, członki górne, nie współgrały z członkami dolnymi, odlatywały na boki niby pozbawione czucia, beznadziejnie pozbawione czucia, pozostawione same sobie, niczym dwa członki martwe ale doczepione do ciała. Ludzie ci stawiali susy wielkie a członki górne przy tąpnięciach na ziemię wylatywały, wysoko, prawie do poziomu ramion. Głowy podskakiwały i choć widziałem tylko tył tych głów, zdawało się, a może rzeczywiście tak było, że ich języki są wystawione i przy każdym podskoku głowy są przygryzane. Czupryny były targane wiatrem i unosiły się rytmicznie i gwałtownie, zupełnie jakby nimi coś wstrząsało. Mięli na celu dopadnięcie już z daleka widocznego pojazdu. Bieg tej grupy ludzi starych i młodych był czymś przerażającym. Przyszło szybko przygnębienie, potworne doprawdy przygnębienie i pozostało do końca dnia. 

Podobnym pojazdem, nie dalej jak tydzień temu, poruszałem się z zawrotną prędkością, po jednej z bocznych i wąskich dróg przy autostradzie. Z daleka już dostrzegłem grupę ludzi idących w parach korowodem, może na dwadzieścia metrów długim. Była to wycieczka ludzi z różnymi przypadłościami umysłowymi. Także bardzo nieskoordynowana. Byłem przekonany, że jeden z nich nagle odskoczy prosto w samochód i zginie. Kierowca był na tyle nieuważny, że nie spostrzegł zagrożenia. Minął ich bardzo blisko sądząc zapewne, że to regularna wycieczka. Ubrania ich i włosy zafurgały od podmuch. To był akt nierozwagi, który mógł być opłacony życiem niewinnej osoby. Czyż wiemy, jak może postąpić taki człowiek? Czy aby na pewno wątpliwym jest, że, czy to z lęku, czy to dla żartu wyskoczy i stanie naprzeciw jadącego pojazdu? 

napisane dnia 27.04.2018 między godziną 18-19 

sobota, 11 listopada 2017

sztuka rezygnacji z życia/perspektywa pierwsza


Stopniowo, tak czy inaczej, je stracimy. Należy się zastanowić nad tym, jak można powoli z niego rezygnować. Uszczuplać je o wszystko, co stanowi jego treść. Żegnać się bez żalu z tym, co było cenne. Tak, czy inaczej - utracimy, co cenne. Już nie poszerzać jego granice, ale zmniejszać. Ostatecznie, czy nie dość na tym, cośmy przeżyli? Gdyby tylko rozejrzeć się wstecz. Ile piękna było w tym wszystkim. Ale ile można chcieć? Do czego zdolny jest człowiek, by to na nowo przeżywać? Czy ktokolwiek z nas znajdzie kres, zanim kres stanie przed nami, jako ściana strasznej konieczności, tym bardziej budząca trwogę. Zatraciliśmy zmysł starożytnych do rezygnacji "w porę" ową najwyższą mądrość, jaką można posiąść, by wyzbyć się siebie w zupełności. 



"Błogosławiona śmierć, gdy się posiada,

czego się pragnie nad wszystko goręcej,

nim twarz przesytu pojawi się blada,

nim się zażąda i znowu, i więcej..."


piątek, 30 czerwca 2017

dnia 29-go czerwca 2017


O jutrzence, gdzie nie było już pełnej nocy ani też widnego poranka, mała ptaszyna pozbawiona wszelkiej bojaźni dobijała się do mych drzwi balkonowych. Zdjęty zdziwieniem ściągnąłem się z łóżka, odziałem i stanąłem przy niej. Nieznacznie postąpiła ode mnie na kilka kciuków długości i powtórzywszy ten manewr kilkukrotnie, w końcu przystanęła tuż przy mnie. Nachyliłem się nad tym stworzeniem i czując jak nie robi sobie nic z bliskości, pochwycilem ją. W kopule dłoni trzepotała niewiele przez to wyrażając, skoro tylko uniosłem je nad ogród by mogła pofrunąć, jak przystało na ptaka - ona zatrzymała się niepewna oddalenia się i zwróciła swe ciałko wprost na mnie. Małe pazurki lekko wbijały się w palec wskazujący, na którym stała jak na gałązce niepewnie się kołysząc. Uniosłem ją na wysokość oczu i z każdej strony oglądałem. Czując ufność tej drobiny powziąłem zamiar poniesienia jej. Ciemnym korytarzem. Schodami. Wszędzie tam trzymała się dzielnie palca i nie zamyślała rozwijać skrzydeł. Walczyłem z lękiem i wnet a bym ją zamknął w sklepieniu dłoni ale to opanowałem i nie tylko dotarłem na ogród lecz i tchnięty dobrą nadzieją przekroczyłem jego granice i ciągle oczą nie dając wiary, dotarłem na polanę, skąd już tylko wielkie połacia ziem i lasów się ciągnąły. Tam przystanąłem. Czas nadszedł odpowiedni by się wzbił. Patrząc na to wszystko, co przed nim stało otworem, nadal trzymał się mej skóry. Tyle radości dał mi tym, co i trwogi. Nie mogąc przecież tak dłużej stać zmusiłem się by go drugą dłonią pochwycić i tak zdjąłem na ziemię. I klnę się na swoje życie i jeśli kłamię, to niech jutro zginę - ale ptak ten będąc już na ziemi odwrócił się w moim kierunku, tak stanął jeszcze chwilę naprzeciw, jakby chcąc bym go w w górę znowu dłonią uniósł, pokrzątał się, zrobił kilka kółek skacząc lekko i tak coraz śmielej nabrawszy rozpędu, śmignął to w prawo, to w lewo i robiąc przeróżne zygzaki oddalił się. 

środa, 23 listopada 2016

Żal
 

Gdy staję pośrodku swych uczuć

dosięgam prawdy istnienia

dosięgam Żalu

Za wszystkich
 i za wszystko 

Co przeżyli i czego nie przeżyli
Co osiągnęli i co utracili

Żal mi za to, że przyszli na świat
i że umrzeć muszą 

Tych żywych mi żal
i nieżyjących 

Żal mi epokowych chwil zakochania
i goryczy oddalenia

Braterskich przyjaźni
i więzów rozerwanych

Piękna mi żal co czasowi ulegnie
I brzydoty która pięknem nigdy już nie będzie

Żal mi wiary w dusz po śmierci spotkanie
i wiary w Nicość, która po niej nastanie

 Czasu szczęśliwości
i wszelkiego cierpienia 


I zwierząt mi żal
które w ciasnocie chowane
nie zaznawszy swobody przestrzeni otwartej
ni smaku niwy zielonych ni świeżości powietrza
w odorze krwi uderzeniami poganiane
pod obuch rzeźników trafiają i padają martwe

A życie każde Jedyne i niepowtarzalne
Nigdy nie powróci w tej dokładnie formie

Odwagi okrucieństw mi żal


Krzywd czynionych za poparciem większości
i chorej niemocy, dławiącej bezsilności

Pamięci gorejącej obrazami z przeszłości
i popiołów i zgliszczy zapomnienia

Oczu mi żal co triumfem ogarniają pole po bitwie zwycięskiej
aby w kolejnym już boju
ostatnim w niebo spojrzeniu gasły
po przegrania klęsce

Żal mi całych wieków, co minęły
i tych co nadejdą

Twoich dni i moich
Żal mi, że i one przepaść muszą

Żal mi tych żyć straconych
i Tych które przyjdą

Poświęceń Matek i poświęceń Ojców

Bezimiennych wysiłków pokoleń 

Trudów naszych przodków

Pierwszych uśmiechów
i ostatnich pożegnań

Niewinności narodzin
i brutalności końców

Żal mi 

Tak bardzo
Mi bardzo

Jest Żal 

wtorek, 22 listopada 2016

Pogrzeb Sąsiada



Na pogrzebie ostatnio byłem w 2009 roku, gdzie w Krakowie chowano wówczas J. Perzanowskiego. Znalazłem się od razu na cmentarzu. Mowę pożegnalną wygłosił Bremer (częściowo jego oponent), natenczas mój wróg numer jeden - zupełnie nieszczerą i nieautentyczną; od... jakim to wielkim logikiem Perzanowski był ...a już nic o tym, jaką to ciekawą osobą, szczerą, otwartą i entuzjastyczną, obdarzoną nieprzeciętnym poczuciem humoru  i wielkim talentem gawędziarskim - najmniej i on przysporzył mi nie lada kłopotów w życiu z ową logiką a może jaśniej - sama to logika uczyniła, logika która w nim zamieszkała, w nim działała, przez niego przemawiała, był on też przez to niejako moim mniejszym wrogiem przez co rozumiem - mocnym punktem oporu, przez który z uczelni byłbym wyleciał. Jednakże wyrobiłem się w tej materii siłą konieczności w granicach normy, co nie wymazało do końca wstydu, jaki od czasu niepowodzeń w sobie nosiłem i chcąc się zrehabilitować na innym polu, dowieść mu że głupcem do końca nie jestem - może to właśnie próżność najmarniejsza - wpisałem się na seminarium o Leibnizu, które już nie dokończył. 

Siedem lat tedy minęło i jestem na innym pogrzebie, też niejako mojego pomniejszego wroga. Gdym raz rozprawiał o tzw. wrogach, jeden światły i bliski mi człowiek wypowiedział mądrą formułkę, która teraz często na myśl mi przychodzi "że wrogów nie szukam na siłę tam gdzie ich nie ma. Jestem przyjacielem wszystkich ludzi!". Zachowam jednak dla sąsiada tytuł pomniejszego wroga przez różne zajścia jakeśmy ze sobą mięli a szczególnie jedno ostatnie; w znanym nam wiejskim zajeździe na tyłach utworzono basen, przy którym wraz z kolegą siedzieliśmy popijając kawę a gdzieś nieopodal wraz z przyjaciółką goniła owego sąsiada córka lat licząca trzynaście, nieszczęściem właściciel zajazdu robił tzw. sesję fotograficzną na potrzeby interesu by na stronie przybytku ując tę atrakcję i zaangażował dzieci oraz młodzież wszelaką, co się tam taplała by pozowali. Po zrobieniu zdjęć zebrał sprzęta i zapadł się w swoim zajeździe. Nie minęło minut dwadzieścia a sąsiad wparował na podwórze i wszczął dochodzenie w sprawie zdjęć. Ktoś mianowicie doniósł mu naprędce, że odbywa się na basenie sesja pornograficzna, w której udział bierze jego nieletnia latorośl, tej zaś na domiar wszystkiego akurat na basenie nie było, co wzmogło w nim jednoznaczne domysły - jakoby sesja została przeniesiona na dywany i tapczany. Po czasie poszukiwań gospodarza w celu wymierzenia mu srogiej nauczki za tak niecne występki powrócił z niczym. Tym jeszcze bardziej rozsierdzony wzrokiem miotającym pioruny szukał współwinnych tego skandalu. Nieszczęsnym trafem padło na nas, biernych domniemanych obserwatorów sesji pornograficznej. Dosiadł się więc spokojnie i wzrokiem kruszącym skały zaczął przesłuchanie w tonie oskarżycielskim. Usiłowaliśmy wyprowadzić sąsiada z błędu jednakże ten wziął to za próbę osłaniania winnych i tym bardziej naciskał by zdradzić mu miejsce gdzie się mogli skrywać. Mając tedy w pamięci różne zajścia o tym, co potrafił w złości wyczyniać ze swoją rodziną a co mogło czekać niczemu niewinną córkę, zagroziłem, że to się źle skończy dla niego jeśli nie przestanie wmawiać wszystkim takich nonsensów i było blisko rękoczynów a zaznaczyć pragnę że ostatnie moje bójki sięgają czasów szkoły podstawowej - to już świadczy o skali mego wzburzenia. Ten nie znając mnie od tej strony zamarł w bezruchu, wstał i odszedł kilkanaście metrów, po czym odwrócił się coś jeszcze perorując. Zrozumiałem, że to wyzwanie na pojedynek i od stołu wstałem w stronę jego się kierując, ten jednakże palcem wskazującym przypomniał, że jest kamera nad nim i odszedł w spokoju. Stąd po incydencie tym uznałem go za pomniejszego wroga i to był ostatni raz gdy go widziałem, nie licząc tych razów kiedy przed domem swoim stał wpatrując się w milczeniu znieruchomiały minutami wprost na mój dom a zdarzało się to później aż nazbyt często. 

Czemuż więc poszedłem na pogrzeb? W chwili uprzytomnienia sobie tego zgonu odczułem i czuję nadal w pewnym rejonie stan pustki, z tej właśnie obecności zamieszkującej zawsze peryferia mojego umysłu, która na miliony lat, na wieki wieków przepadła a była to figura niezwykle barwna. Wiary więc też nie mogłem dać w pierwszej kolejności słowom, później klepsydrze aż doprowadzić mnie to musiało do świadectwa naocznego, chociaż i tam nie wierzyłem, że cokolwiek niosą w trumnie i że to jakieś przedstawienie. 17 listopad godzina 14.15 widzę jak synchronicznie sąsiedztwo z domów wychodzi na pogrzeb. Przybiliśmy na miejsce z moim drogim kolegą o pokolenie całe starszym. Jacyś mężczyźni do nas się przyłączyli nic nie mówiąc i jednego z nich rozpoznałem w osobie właściciela miejscowego sklepu, który przez niego całe dziesięciolecia prowadzony został na skutek zamarcia ruchu zamknięty. Kolega rozpoczął: 

- No i po sąsiedzie

- Wszystkich nas to spotka! każdego! prędzej czy później! 

Byłaby ta prawda nic dla mnie zgoła nie znaczyła ale sposób jej powiedzenia zaniepokoił mnie. Nie było w tonie tym smutku płynącego z gorzkiej konstatacji skończoności naszej egzystencji ale niejako TRIUMF śmierci, która nad nami po równi zapanuje. Stąd uczucie miałem jakby to sama głodna ziemia się o mnie upominała w osobie tego jegomościa chcąc przez to powiedzieć - czekam i na ciebie! Obruszyłem się tą zamierzoną impertynencją i ripostowałem:

- no ja akurat będę żył wiecznie bo jestem ateistą

- HaHa... będzie żył wiecznie! już! ateistą! Haha...dobre...dobre...

- a będę

- dobrze! dobrze! żyj ...HaHa ...żyj! nikt ci nie broni! ...zobaczymy!

Chcąc przybliżyć manierę jego głosu posłużyć się muszę osobą aktora Janusza Rewińskiego - nawiasem mówiąc to prawie jego replika. Z takim to właśnie cynicznym humorystą wszedłem w utarczkę słowną. Popatrywał na mnie jak na wariata z kolei ja wytężyłem całą swoją uwagę na jego kępce włosów na nosie, które dokładnie z czubka wyrastały, przy czym jeden z nich był długi na dobre trzy centymetry. Mówił więc, gdy mnie niecierpliwość ogarniała by jak najszybciej mu to wygolić. Czas nas jednak ponaglił i ciało ludzkie weszło do kościoła. Stanąłem na zewnątrz. Deszcz zaczął padać. Ubrany w cienki płaszcz marzłem niemiłosiernie ale słuchałem, słuchałem na czym polega pogrzeb kościelny i srożej zawieść się nie mogłem. Nie było w tym krzty duchowości, zadumy tylko li ceremonia mszy, od której od dziecka mnie mdli i z wiekiem, choć raz na dekadę tam jestem - mdli coraz mocniej. Hymny, psalmy prowadzone nosowym głosem organisty i homilia pogrzebowa gdzie w dwóch zdaniach ksiądz napomknął o chowanym i to jeszcze w związku z jego spowiedzią, która miała miejsce dwa lata temu, po czym przeszedł do tzw. "prawd wiary dotyczących spraw ostatecznych". Jak bardzo to wszystko nie dotyczyło tego człowieka, wokół którego się zebrano, jak bardzo było wyrwane z kontekstu i swoistości jego żywota, to niewątpliwie doświadczył chyba każdy kto go dobrze znał. Wygłoszenie listy piętnastu nazwisk, które dały na mszę za zmarłego było bodajże punktem kulminacyjnym "uroczystości". Ksiądz głośno, jasno i wyraźnie wymawiał nazwiska a robił to w tonie - dało się odczuć gdy ktoś umiał słuchać - jednoczesnego wyrzutu, upomnienia tym wszystkim, którzy o tę intencję (może jeszcze) się nie pofatygowali. Nasuwają się słowa Petera Sloterdijka dotyczące tzw. selfish systems - w tym kościołów - zawarte w książce "Musisz Życie Swe Odmienić":

Ze strony kościołów nie dało się dotychczas słyszeć, że jedynym ich celem jest zachowanie kościołów...

Piętnaście nazwisk wpłaciło do kościelnej szkatuły pieniądze a wdowa i rodzina grzebanego biedna. Dlaczego nie wejdzie w zwyczaj składka na rzecz tych, których najmocniej nieszczęście dotknęło? Z czystym sumieniem i dwieście złoty bym wdowie dał a tylko pomyśleć, gdyby wszyscy obecni uczynili ten gest aby po prostu - lżej było kobiecie, na której głowie teraz spoczywa cały dom. Miast tego zanieśli po pięćdziesiąt bądź sto złoty księdzu by w odległej przyszłości przy mszy, która i tak ma się odbyć wymówił imię i nazwisko zmarłego by ksiądz miał dodać, że to w jego intencji. 

Wyszedłem wcześniej wraz z towarzyszem i poszliśmy na cmentarz, gdzie dół był wykopany. Grabarze stali nieopodal w ręku dzierżąc łopaty. Jeden z nich, niegdyś dobry chłopak, wiodący obecnie żywot wyrwikufla tłumaczył się ni stąd ni zowąd, że grób płytki bo ziemia piaszczysta się osuwa. Nic podobnego tedy nie zauważyłem. Dół był głęboki na tyle żem z odległości metra odeń dna nie dojrzał. Skonstatowałem się w porę, że nie wypada tak stać bo jak nas spostrzegą to wezmą to za znak tego, żeśmy jako pierwsi czekali na pochówek a tym gorzej jak pochód nas tam zastanie. Zawróciliśmy pod kościół. Wtenczas trumnę wyprowadzono. Kondukt ruszył; przodem najbliżsi zapłakani, reszta bezłzawo. Syn chowanego, mój prawdziwy przyjaciel z czasów kiedy jeszcze potrafiliśmy się śmiać do łez w dzień każdy - też bezłzawo, bardziej gniewnie. Nie wymieniliśmy spojrzeń bo zawsze gdyśmy to robili towarzyszył temu uśmiech - a chciałem uniknąć tej możliwej reakcji, choć powód ten teraz zdaje mi się niedorzeczny. Nie widziałem się z nim od dwunastu lat i byłoby dziwnie się zobaczyć w takich okolicznościach. 

Gdy kondukt zmierzał ku pasku ziemi wyciętej uderzyło mnie to, pojąłem, że i właściwie ceremoniał konieczny gdyby nie był naszpikowany tak programowo obrządkami kościelnymi, gdyby nie był tak zinstytucjonalizowany, zawłaszczony przez kościół; ceremoniał słuszny wprawdzie - gdyby kościół nie maczał w nim swoich brudnych Łap, gdyby nie maczał w ogóle łap w człowieku. Przypominam sobie gdy jako dziecko chowałem swojego psa i ze smutkiem muszę przyznać, że było w tym więcej uroczystej i wzniosłej duchowości niźli w tzw. egzekwii kościelnej. Indywiduum przepada w niej z kretesem, przez co rozumieć należy, iż czas ostatniej drogi, jaki należy w pełni poświęcić zmarłemu, myśleniu o nim i żałowaniu go oraz słuchaniu mów pożegnalnych, jest w zupełności zawłaszczony przez zrutynizowaną, automatycznie wykonywaną przez kapłana - procedurę przy akompaniamencie dekoncentrujących psalmów, hymnów i antyfon; procedurę która programowo odwraca uwagę od zmarłego i kieruje ją w rejony tzw. Prawd Ostatecznych, których Kościół spełnienia jest warunkiem (Deklaracja wiary: wierzę w święty kościół powszechny, świętych obcowanie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny...), co znaczy, że pogrzeb zwraca wszystkim uwagę na niezbywalność i konieczność samego Kościoła jako pośrednika w "zbawieniu" - wiąże i uzależnia, pęta i zniewala. Przypomina; "prochem jesteś i w proch się obrócisz lecz ciało pod krzyżem złożone Bóg wskrzesi do życia w chwale". Egzekwie tedy straszy uczestników i skupia ich uwagę na nich samych, na ściśle pojętym egoizmie chronienia się przed ogniem czyśćca i wiecznym potępieniem - nie skupia zaś na samym zmarłym, co ze wszech miar byłoby wskazane; czyni natomiast śmiercią jednostki pretekst i sposobność przypomnienia o swoim znaczeniu w "zbawieniu duszy". 

W dalszym ciągu rozważałem wizję tworzenia przygrobnych szkatuły wspomnień, społecznościowych baz wspomnień o zmarłym, bo jakże wiele wspomnień, o których nie wiemy - inni o nas noszą a wraz z ich śmiercią także i pamięć zaginie. Wielka księga powstać by mogła gdyby tych stu uczestników pogrzebu spisało własne ze zmarłym przygody i wspomnienia i czy ktoś twierdzi aby miały być one tylko piękne i pozytywne? Przeciwnie. Zapewne opowieści to byłyby z natury groteski i kuriozum. 


Człowiek był ten niezwykle wyróżniającą się postacią i z wieloma zadzierzgnął różne więzi i waśnie ale jakże komiczne te waśnie! Zaświadczam wam, że w większości rzeczy które mówił i myślał była ironia a w rzeczach jego czynów międzyludzkich, z kolei zamierzona bądź mniej niezamierzona groteska. Miał tą rzadką zdolność zachowywania kamiennej twarzy przy opowiadaniu żartów i mówił w tonie poufnej konfidencjonalności niejako zdradzając ci "tajemnicę". Miał wiele przywar w tym naczelną - zazdrość o małżonkę, z czym związanych jest wiele historii (m.in ta, którą już opowiedziałem przy okazji omawiania tematu "zazdrości" w związku z "miłością" w "krótkiej rozprawie nad istotą wzruszenia; część druga" a którą nie godzi się powielać); a z cnót, jak się rzekło poza humorem - geniusz prawdziwego wynalazcy konstruktów inżynieryjnych, stąd zwykło się o nim mówić w naszych okolicach: Edison. Lecz nade wszystko człowiek był to mądry, dobry psycholog, którego wnikliwości się obawiałem. Stojąc przy nim wrażanie się odnosiło iż widzi on każde wewnętrzne drgnienie, na wylot lustrując niczym mechanizm maszyny potrafiłby powiedzieć - jak też ona działa.


                                                     ŻEGNAJ DROGI SĄSIEDZIE
                                                       PAMIĘĆ MA PÓKI ŻYJĘ
                                                 BĘDZIE O TOBIE ZAWSZE ŻYWA