piątek, 5 grudnia 2025

jeden dzień z tysięcy


Najgorszy stan, jaki mogę sobie w życiu zapewnić, to stan permanentnej bezrefleksyjności. Wraz z tym przychodzi wycofanie się z życia, bowiem, trwając w bezrefleksyjnej próżni, zanika moja osobowość i jestem zmuszony unikać ludzi, aby tego nie spostrzegli i nie wykorzystali przeciwko mnie. Brak poczucia kontaktu z samym sobą w obecności innych — głównie obcych — jest stanem przerażającym i okropnie męczącym. Ale sam sobie ukręciłem ten bat przez swoje zaniedbanie, przez brak robienia „notatek z życia”. Nawiedzają mnie co prawda noce gorączkowych rozmyślań, ale to są czarne noce, pełne czarnych myśli — nieskoordynowana negatywność, a nie refleksja.

Wracając z pracy, poczułem, że każdy dzień to samoistny byt, który się rodzi, „przeżywa swój czas” i umiera, i zrobiło mi się żal tego dnia: że go nie biorę poważnie, że nie świętuję jego narodzin i nie żegnam go należycie, że jest dla mnie jednym z tysięcy dni bez znaczenia. Ale przecież nie był dla wszystkich takim pozbawionym znaczenia dniem. Kilka razy w życiu sam miałem dzień święty swego żywota; byłem wówczas z kimś, chodziliśmy po ulicach. Z zewnątrz wyglądałem jak tłum bez znaczenia, ale wtedy ten dzień, ten czas miał znaczenie i tylko ja o tym wiedziałem — wiedziałem, że to mój dzień, że to ja tym razem jestem wyróżnionym punktem w czasie i przestrzeni, że moja egzystencja „teraz” jest najbardziej znacząca ze wszystkich w promieniu setek kilometrów, bo przeżywam ją najdoskonalej. Takich dni jest naprawdę niewiele w życiu każdego z nas. Czuje się wtedy wielką przyjaźń, albo wielką miłość. Oba te stany są najważniejsze w życiu człowieka.

Gdy, przykładowo mijamy grupkę śmiejących się nastolatków — za głośnych i za dużo przeklinających — nie mamy pojęcia o ich życiu, o tym, co ich czeka w przyszłości, o tym, że się zmienią, że zaangażują się najpierw w związki, a później w małżeństwa, że przestaną się ze sobą spotykać, że „ta grupka” się rozpadnie, że z czasem stracą poczucie humoru, zatracą zdolność „śmiania się do łez”, że staną się nudnymi i nieciekawymi ojcami i matkami. Widzimy tylko jedną nutę, nie znając całego utworu. Nie potępiajmy ich za to, co widzimy, nie zazdrośćmy im młodości, nie patrzmy na nich z wyższością ani pogardą, ale ze smutkiem — tak jak na niemowlę, w którym jednocześnie przeczuwamy wszystkie etapy jego przyszłego życia, jednocześnie ze śmiercią. Żal mi tych wszystkich młodych ludzi. Żyją tak naprawdę tylko chwilkę, nawet o tym nie wiedząc. Mam wówczas ochotę podejść do nich i uświadomić ich w wyjątkowości i nieodwracalnej przemijalności takich dni. Nic, co będzie później, nie będzie tak intensywne zmysłowo, bezpośrednie i autentyczne.

Kiedy indziej nasz wzrok prześlizgnie się po idącej parze. Nie wiemy nawet, że jest to ich pierwsza randka. Nie wiemy, że być może to jeden z najpiękniejszych i najważniejszych dni ich życia. W takich właśnie obrazkach gdzieś obok nas „dzieje się dzień”, staje się czas, do którego ktoś będzie wracał w mglistych wspomnieniach. Na pewno ktoś, ale nie my. Dzieje się to na naszych obojętnych oczach.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz